czwartek, 3 grudnia 2015

Świętowanie 3 grudnia!


Ohayooo <3
Dzisiaj nie daję żadnego fanficka, przepraszam. Powód mojego posta jest inny~

Wiecie, co dzisiaj jest?
.
.
.
nie, nie środa.
.
.
.
3 grudnia? No trochę bliżej...
.
.
.
DOKŁADNIE! URODZINY MITOBE RINNOSUKE <3
Z tej okazji... ogłaszam Silent Party xD a poniżej bardzo mały spamik z Rinnosuke~ (-UKE! xD)








czwartek, 5 listopada 2015

[KnB] Yochien no Kiseki - rozdział 2

Kuroko strzepał ubrania z niewidocznego brudu. Okropnie się stresował, bo za chwilę miały pojawić się pierwsze dzieci. Tym samym zaczęła się długa droga opiekuna w rodzinnym domu dziecka.
 - Kuroko-kun, wszystko jest już gotowe- pani Fukuda wytarła dłonie w fartuch i uśmiechnęła się do zdenerwowanego Tetsuyi- Czy do czegoś się jeszcze przydam?
 - Nie i tak zrobiła już pani dużo. Tyle smakołyków na powitanie dzieciaków wystarczy.
W momencie gdy kończył to mówić, w całej kamienicy rozbrzmiał terkoczący dzwonek do drzwi. Potem w holu pojawiła się kobieta z wczoraj trzymając za rękę małego chłopczyka z czerwonymi włosami. Haruki pożegnała się jednak maluch nic nie mówił.
Nagle po schodach zbiegł Takao, a kiedy stanął przed Akashim wydarł się na cały regulator: „ Hej malutki!” co nie przypadło młodemu do gustu. Najpierw pociągnął nosem, by po chwili się rozpłakać. Czarnowłosy był przerażony nie na żarty jednak do akcji wkroczył Kuroko. Zabrał chłopczyka do jego nowego pokoju przy okazji mówiąc szeptem przyjacielowi by zajął się resztą.
Takao pokiwał w osłupieniu głową. Czy na pewno rozmawiali z Haruki o tym samym dziecku? Był bardziej przygotowany, że Akashi zupełnie nie zareaguje lub pokaże mu język. A tu niespodzianka.
Po kilku minutach rozległ się kolejny dzwonek. Kazunari po otwarciu drzwi zobaczył trójkę dzieci- dwie dziewczynki i ciemnoskórego chłopca.
- Dzień dobry!- przywitał się z pulchnym mężczyzną najpewniej ich opiekunem.
- Witam.- wymamrotał facet niskim głosem- Oto wychowankowie, którzy mieli zostać dzisiaj tutaj przyprowadzeni. Pan ich bierze w cholerę, muszę się spieszyć, mam jeszcze do załatwienia kilka spotkań w sprawie adopcji.- i zanim Takao zdążył cokolwiek odpowiedzieć, jegomość przepchnął dzieci przez próg i trzasnął drzwiami.
Zapanowała cisza. Nagle chłopiec podniósł rączki iż błyskiem w ciemnoniebieskim oku spytał:
- Ej, a masz ty legalne świerszczyki?
- A czy ty wiesz, że ta gazetka niespecjalnie jest przeznaczona dla dzieci w twoim wieku?- odparł czarnowłosy trochę zażenowany.
- No dobra nie było pytania- odpowiedział na to Aomine i podniósł ręce w obronnym geście.
Tym razem rozległo się pukanie do drzwi. Zdecydowania zbyt natarczywie. Kazunari ledwo zdążył cofnąć się przed rozpędzonym kawałkiem drewna na zawiasach, który huknął o ścianę. Zanim zobaczył postać, usłyszał wysoki, damski głos.
- Ojej, to pan będzie się opiekował naszymi chłopcami?- zaszczebiotała starsza pani, trzymająca za ręce dwóch chłopców- jednego blondynka, drugiego z zielonymi włosami.
- No…- wymamrotał trochę zbity z tropu Takao- Tak, będę drugim opiekunem…
- Oh jak wspaniale! Musi pan wiedzieć, że nasi wychowankowie są grzeczni jak aniołki. Nie sprawiają żadnych kłopotów i są bardzo dobrze wychowani. Szczególnie ten słodziutki Ryota!- nachyliła się z uśmiechem do blondynka.- On na przykład już umie liczyć i sam dobiera sobie ubranka!
Takao spojrzał na obu chłopców i jak zauważył obaj starali się wyrwać rączki z jej żelaznego uścisku.
- Zaraz, moment… Gdzie jest Atsushi?- kobieta rozejrzała się. Puściła dwie rączki by wyjrzeć przed drzwi- O tu jesteś! Chodź przywitaj się ze swoim nowym opiekunem.
Fioletowowłosy chłopiec spojrzał niepewnie na Kazunariego po czym bąknął cichutkie „dzień dobly” .
Zaraz za nim pojawił się bardzo szczupły mężczyzna u boku, którego stał czerwonowłosy chłopczyk. Przybysz nie powiedział nic, po prostu popchnął malucha do Takao i wyszedł.
- Dobrze dzieci ja jestem Takao Kazunari. Zapraszam was do kuchni na mały poczęstunek- powiedział czarnowłosy niepewnie patrząc po malutkich twarzyczkach.
Podopieczni bez żadnego sprzeciwu ruszyli za nim w odpowiednim kierunku. Zasiedli przy stole i zaczęli jeść. Wszystko odbywało się w grobowej ciszy. Co było dla Kazunariego niepokojące. Po chwili w pomieszczeniu zjawił się Kuroko. Przedstawił się uprzejmie, dodał parę słów na temat tego, że dzieci będą tu dobrze traktowane
- Może wy się przedstawicie? Dodajcie co lubicie, ponieważ miło by było lepiej się poznać, Od teraz będziemy swego rodzaju rodziną- powiedział Takao przyjacielskim tonem spoglądając na nich kolejno.
- To tak mnie już znacie, a lubię oglądać dobre horrory- powiedział czarnowłosy.
- Kuroko Tetsuya, lubię czytać książki, a najbardziej kryminały- przedstawił się niebieskowłosy.
Dzieci nie wydawały się być zbytnio przekonane do tego pomysłu. Jednak pojawiła się jedna łapka w górze, więc mężczyźni oddali głos właścicielowi rączki.
- Jestem Midorima Shintarou i lubię czytać horoskopy- powiedział chłopiec dumnym głosem.
- Umiesz czytać?- zainteresował się Kuroko.- No proszę. A lubisz czytać inne rzeczy?
- No jasne!- twarzyczka zielonowłosego promieniała samo zachwytem- Czytam jeszcze senniki i czasem znaczenie imion. To bardzo ważne żeby mieć szczęście! I dlatego zawsze mam ze sobą szczęśliwy przedmiot!
- Eee tam- do rozmowy włączył się Aomine.- Szczęście jest wtedy, kiedy masz CYCKI. Prawda, Satsuki?
Różowowłosa dziewczynka aż poczerwieniała z gniewu.
- Dai-chan!!!- zapiszczała tłukąc małą piąstką w  stół- Obiecałeś, że nie będziesz tak mówił! Obiecałeś! Obiecałeś!
- No i?- burknął chłopiec, dźgając widelcem szarlotkę.- Obiecałem to pani Kanabi, a nie tobie.
- To już się nigdy do ciebie nie odezwę!- krzyknęła Momoi odwracając głowę w drugą stronę.
O dziwo, zadziałało to na niepokorność Aomine, który niemalże z płaczem zerwał się do przepraszania różowowłosej.
- Przepraszam- rozległ się nieśmiały głosik Kise- Ale ja nie wiem co to są „cycki”
Takao i Kuroko patrzyli w osłupieniu na błagającego Aomine, obrażoną Momoi, dumnego jak paw Midorimę i Ryoutę  usilnie próbującego ustalić znaczenie nowego słowa. Tymczasem Aida dolewała oliwy do ognia, ciągle powtarzając „Aomine jest głupi”, natomiast Kagami i Murasakibara znosili na swoją stronę stołu większość talerzy z jedzeniem, które pochłaniali w zastraszającym tempie. Kazunari zmarszczył brwi. Kogoś mu brakowało. Przeliczył jeszcze raz dzieci i wtedy sobie przypomniał.
- Kuroko gdzie jest Akashi?- zwrócił się do przyjaciela. Niebieskowłosy odparł krótko:
- U siebie w pokoju. Poszedł spać, bo bolał go brzuch.
- Acha.
- Mam nadzieję, że nie próbowałeś witać w ten sam sposób innych dzieci?- Tetsuya spojrzał na Takao tak, że ten nieświadomie odwrócił wzrok.
- No nie.- odparł czarnowłosy skruszony.- Reakcja Akashiego była wystarczająca… Rozmawiałeś z nim?
Kuroko pokręcił głową i w ostatniej chwili złapał oparcie krzesła Aidy, która prawie poleciała z nim na podłogę.
- Nie bujaj się, bo rozwalisz sobie głowę.- zwrócił uwagę dziewczynce, po czym stwierdzając, że żadne dziecko nie zrobi sobie krzywdy, kontynuował do Kazunariego:
- Nie rozmawiałem, bo mały zbyt dużo sam nie mówił. Jak skończył płakać to spytał się, czy musi schodzić na poczęstunek, a potem to prawie od razu zasnął. Nie chciał, żebym szedł, ale jak sobie przypomniał, że ty tam jesteś, to stwierdził, że muszę cię pilnować, żebyś nikogo nie zjadł- kąciki ust Kuroko lekko się uniosły, co Takao przyjął dość niechętną miną i ironicznym śmiechem.
- Cóż wygląda na to, że jestem postrzegany jako bardzo głodny pan- westchnął żartobliwie czarnowłosy.
Nagle rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Obaj opiekunowie natychmiast przerwali rozmowę szukając wzrokiem źródła ów niepokojącego odgłosu. Okazało się, że zamieszanie spowodował Kise, któremu wypadła z rączek szklanka. Chłopiec od razu zerwał się z krzesła by pozbierać wszystkie odłamki, ale jeden kawałek wbił mu się w dłoń przebijając delikatną skórę i powodując pojawienie się krwi na ręce malucha.
- Ryota! Takich rzeczy nie zbiera się gołymi rękami. Choć ze mną musimy cię teraz opatrzyć- powiedział spokojnie Kuroko ciągnąc za sobą lekko  podenerwowanego blondyna.
-  To ty go opatrz, a ja tu sprzątnę- dodał jeszcze Takao, a już po chwili nie było śladu po rozbitym naczyniu.
Kise był bliski histerii gdy zobaczył swoją zmasakrowaną łapkę, jednak dzięki uspokajającym słowom Tetsuyi był w stanie usiedzieć w miejscu do końca zabiegu. Potem miał obandażowaną rękę, ale na szczęście nie była to zbyt głęboka rana.
Wrócili do kuchni, a tam reszta dzieci rozmawiała w najlepsze z roześmianym Kazunarim. Patrząc na ich dziecięce oblicza niebieskowłosemu wpadł do głowy pewien pomysł.
- Moi drodzy kto chciałby pójść pobawić się w parku?- spytał Kuroko głosem najbardziej ożywionym na jaki było go w tej chwili stać.
Oczywiście wszystkie dzieciaki zgodnym chórem odpowiedziały, ż bardzo chciałyby pójść. Nie odpowiedzieli tylko zbyt głośno Kagami i Murasakibara, ale to dlatego, iż w tym momencie mieli do buzi napakowane jedzonko.
- To idźcie się przebrać i wychodzimy- powiedział Takao, a wszystkie dzieci jak na komendę pobiegły do wieszaka by tylko ubrać się w ekspresowym tempie.
- Poczekaj moment. Muszę sprawdzić co z Akashim- dodał jeszcze Tetsu i szybkim krokiem skierował się schodami, w kierunku odpowiedniego pokoju.
Zapukał cicho, ale nikt mu nie odpowiedział, więc wszedł „na palcach” do pomieszczenia.
Czerwonowłosy chłopiec spał w najlepsze nie zwracając uwagi na resztę świata. Niebieskooki uspokojony poszedł jeszcze by poprosić panią Fukudę by pod ich nieobecność przypilnowała Seijuurou. Kobieta wyraziła szczere chęci podjęcia się tego zadania, więc obaj opiekunowie mogli wyjść z resztą dzieciaków na plac zabaw, który na ich szczęście znajdował się bardzo blisko ich rodzinnego domu dziecka.
Dotarcie na miejsce nie zajęło im więcej niż 10 minut.
„Opłacało się ich tutaj przyprowadzić”- pomyśleli równocześnie Kuroko i Takao. Patrząc na park Kirisan można było się wzruszyć tym naturalnym pięknem. Pełno było tam zieleni, ale oczywiście nie mniej znajdowało się tam kolorowych kwiatów. Były tutaj najróżniejsze gatunki roślin, chociaż tego można było się spodziewać po miejscu, które jest znane na całym świecie, a nie tylko w Japonii. Kiedy tylko dzieciaki ujrzały placyk pobiegły w jego stronę z takim zapałem, jakby od tego kiedy tam się znajdą zależało ich małoletnie istnienie.
Takao widząc to parsknął cicho śmiechem. Spędzili tam około 2 godziny. Na placyku nie było prawie nikogo, nie licząc oczywiście ich podopiecznych. Na szczęście obyło się bez większych  urazów. Tylko tyle, że Kagami spadł z huśtawki, jednak w brew pozorom nie płakał, ale nie wrócił już na „diabelskie narzędzie”.
Kiedy tylko przekroczyli próg domu do ich nozdrzy dotarł zapach pieczonego kurczaka. Wszystkim na tą smakowitą myśl ślinka pociekła, wliczając w to Kuroko i Takao.
Dzieci pobiegły do łazienki by umyć rączki, a już po chwili wszystkie zajmowały miejsce przy stole, czekając aż dorośli nałożą im posiłek. Tym razem w pomieszczeniu znalazło się każde dziecko bez wyjątku, w tym Akashi.
Tetsuya poprosił na słowo panią Fukudę, kiedy podopieczni zajadali mięsem i ziemniakami w sosie.
- Czy Akashi sprawiał jakieś kłopoty gdy nas nie było?- spytał Kuroko niepewnie patrząc na twarz kobiet.
- Nie ależ skąd. Nawet obiad pomógł mi zrobić, oczywiście w granicach bezpieczeństwa- odparła wesoło Fukuda, rozwiewając tym samym obawy niebieskowłosego.
Tetsu kiwnął tylko głową na znak, że rozumie. Cieszył się, iż chłopiec jeszcze nie pokazał swojej samobójczej natury. Dzieciaki zjadły już swoje porcje i teraz siedziały z błogimi uśmiechami na twarzach. Jednak zaniepokoiło go dziwne spojrzenie Takao posyłane prawie cały czas w stronę Ryoty.
Kiedy wszyscy byli już najedzeni, wliczając w to opiekunów, zostało postanowione, że dzieci pooglądają sobie bajkę w telewizji. Akurat leciał „Wilk i zając” co wszystkim przypadło do gustu. Dzieciaki oglądały tak do wieczora, aż w końcu nadeszła pora by spać. Maluchy nie były zbyt chętne by już iść jak to ujął Takao „ziuzi lulu”, ale nie miały za wiele do powiedzenia.
Po umyciu się nadszedł jeszcze czas na obchód po pokojach. Podopieczni odpowiadali coś w stylu: „Dobranoc, dzisiejszy dzień był świetny/fajny/super”. W końcu obaj dotarli pod wejście do azylu Akashiego.
Takao zapukał, a gdy rozległo się cichutkie „proszę” uchylił lekko drzwi wchodząc razem z Kuroko u boku.
Czerwonowłosy trochę się przeraził na widok Kazunariego i przysunął się bliżej ściany. Czarnowłosy przysiadł na łóżku zmniejszając trochę odległość między nimi.
- Przepraszam, że rano cię przestraszyłem naprawdę nie chciałem. Obiecuję ci, iż nie zjadłem żadnego dziecka ani nie zamierzam- powiedział Takao patrząc na Seijuurou spokojnie, acz z pewnym niepokojem.
Chłopiec patrzył na niego niepewnie, a po chwili odwrócił wzrok w stronę Kuroko szukając u niego jakiegoś potwierdzenia. Kiedy ten kiwnął przyjaźnie głową, maluch znów spojrzał na Kazunariego i wyciągnął do niego łapkę na zgodę, chociaż ciągle z małą dozą strachu.
- Dobrze to my już pójdziemy, żebyś mógł się na jutro wyspać- powiedział Kuroko i razem ze swoim przyjacielem wyszli z pokoju.
Po skończeniu obchodu opiekunowie postanowili udać się na zasłużony spoczynek. Dzisiaj jak zdążyli zauważyć te dzieci posiadały naprawdę ciekawe osobowości. Tego pierwszego dnia na pewno nie zapomną. Zastanawiali się jak dalej potoczy się ich życie w towarzystwie tych maluchów.
Dzieciaki były bardzo słodziutki i chociaż Takao i Tetsuya mieli pewne wątpliwości co do Seijuurou to w jakiś dziwny sposób udało im się dostrzec w nim wiele miłych cech, co utwierdziło ich w przekonani, że w brew pozorom fajny z niego dzieciak. 
Z takimi myślami obaj położyli się spać czekając na to co może wydarzyć się jutro.




Okej, najpierw przeproszę za to, że każdy post jest pisany inną wielkością czcionki, innymi akapitami i w ogóle, bajzel, ale... dobra, nie ma się co tłumaczyć, leń jestem i nie chce mi się wszystkiego przed wstawieniem obrabiać (szczególnie, jeśli chciałabym opublikować post jak najszybciej). Bardzo za to przepraszam! Następne posty będą już ładnie obrobione :3 Obiecuję!
...
Tak więc, oto drugi rozdział YnK! Trochę (BARDZO)  z nim zwlekałam. TZasłonię się nauką, kosmiczną ilością testów i wizyt u lekarzy, heh. Trzeci rozdział będzie wtedy, gdy... go napiszemy (bo nie wiem, czy jasno to przedstawiłam, opowiadanie nie jest w całości moje. Czuwa nad nim również Przyjaciółka :D). Czasami ciężko mi opisywać dialogi lub zachowania dzieci, żeby nie zrobić z nich stuprocentowych członków Pokolenia Cudów, bo to przecież jeszcze smarkacze X'DD I tak dobrze się bawimy, wymyślając kolejne wątki do opowiadania - a wątków uzbierało się ok. pięć i pół strony A5 :) 
Mam nadzieję, że drugi rozdział nikogo nie zawiódł! >w<
Pozdro,
M.

sobota, 10 października 2015

[KnB/MidoTaka] Odliczanka



6.


W słuchawce rozległ się gromki śmiech i kobiece piski, a zaraz potem brzęk tłuczonego szkła.
 - Shin-chan, jesteś tam jeszcze? – spytałem cicho.
 - Co? – usłyszałem. Oparłem czoło o lodowatą szybę. Nie byłem wściekły. Nawet nie zirytowany. Pogodziłem się z faktem, że dając ponieść się emocjom nic nie wskóram. A zresztą, o jakich emocjach mówimy?! O zupełnej pustce?
 - Pytam, czy nadal masz te spotkanie biznesowe.
 - Aaach, spotkanie! – w tonie jego głosu wyczułem coś na kształt obawy. – Cóż, przedłuży się trochę… Nie wiem o ile, ale wrócę do domu i jako pierwszy złożę ci życzenia, jak zawsze. Tuż po północy. – Zerknąłem kątem oka na zegarek, była za siedem dwunasta.
Uhm, Shintarou, na pewno wrócisz.
Zobaczyłem w odbiciu szyby swoją twarz, wykrzywioną w dziwnym grymasie, który początkowo miał chyba być uśmiechem. Teraz Midorimę stać było najwyżej na życzenia noworoczne, a i tak często spóźniał się z nimi dwa-trzy dni. A kiedyś… co robiliśmy kiedyś?
Siadaliśmy na brzegu fontanny znajdującej się w pobliskim parku, z domu zabieraliśmy ze sobą jakieś drobniejsze przekąski i duży termos kawy, i tam urządzaliśmy sobie małą biesiadę. Oczywiście jedzenie znikało w mgnieniu oka, żeby nie zamarzło (jak to pewnego razu zdarzyło się nam z gotowanym kalmarem). Gdy robiło się naprawdę zimno Shin-chan trzymał mnie za ręce.
Jego dłonie zawsze były takie ciepłe…
Narzekaliśmy na kilka chwil przed północą. A potem był długi, długi pocałunek w blasku fajerwerków, ich ogłuszającym huku. I siedzieliśmy tak, póki nie zaczęliśmy naprawdę marznąć. Wracaliśmy do domu i kochaliśmy się aż nie mieliśmy już zupełnie sił. I zasypialiśmy razem, nie martwiąc się o nic.
 - Och. To cudownie – rzuciłem beznamiętnie do słuchawki. – Trzymam cię za słowo.
 - No i widzisz, niepotrzebnie się stresujesz. Przecież wiesz, że…
 - Tak, Shin-chan, wiem. Musisz dużo i ciężko pracować, ale dzięki temu będziemy mogli żyć jak królowie. To nie los będzie tobą kierował, sam zdecydujesz o tym, co dalej. No i przede wszystkim trzeba przeć do przodu, świat też się rozwija a ty nie możesz stać w miejscu – przerwałem mu szybko, recytując oklepany tekst. Ile razy sam byłem nim karmiony, święcie wierząc w jego prawdziwość?
 - Ha, ha! No nie martw się, Kazunari. Jesteś już dużym chłopcem. Niedługo będę.
 - Jasne, Shin-chan. Czekam. – Rozłączyłem się szybko i schowałem telefon do kieszeni. Przymknąłem oczy, czując nagle mrowienie pod powiekami. Super, jeszcze się rozpłaczę. Zajebiście po prostu.
Szyba drżała lekko, kiedy na niebie wybuchały przedwcześnie wystrzelone fajerwerki. Zawsze gderaliśmy głośno na tych, którzy je wypuszczali przed czasem, bo przecież się marnowały.
Pierwsza i druga łza spłynęła mi po policzku. Szybko otarłem je rękawem bluzy, ale potem było ich za dużo. Ogarnęła mnie jakaś niemoc i pustka, zupełny bezwład. Jakby każda część mojego umysłu po kolei się wyłączała… Czułem jakby łzy wypalały mi skórę, jakby były jakimś żrącym kwasem. Starałem się oddychać spokojnie, brać głębokie wdechy i wydechy, ale po chwili zaczęło mi się kręcić w głowie. Odwróciłem się od okna i pobieżnie spojrzałem na salon.
Niski, szklany stolik był zastawiony różnymi przekąskami i napojami. W telewizji pokazywano relacje obchodów Nowego Roku z całego świata. Oczywiście Japonia świętowała jako jedno z ostatnich państw. Z sufitu zwieszały się serpentyny i balony. Od kilku lat ozdabialiśmy tak mieszkanie, Shin-chan wolał „europejskie klimaty”. Wyłączyłem telewizor, zabrałem talerz onigiri i zgasiłem światło w pomieszczeniu.
Z chwilą gdy opuszczałem pokój, nocne niebo rozbłysło tysiącami barw. Wraz z ogłuszającym hukiem rozległy się okrzyki tokijczyków.
Pociągając nosem usiadłem na kuchennym stołku i zabrałem się do podgryzania onigiri. W gruncie rzeczy wcale nie miałem na nie ochoty, ale jakoś musiałem zająć jedną rękę. Dlaczego gdzieś na dnie mojego umysłu czaiła się nadzieja, że Shin-chan zaraz się tu pojawi i wszystko będzie jak dawniej? Widać powiedzenie, że człowiek uczy się na błędach, nie uwzględniało mnie. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jest jeszcze ktoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać o wszystkim co mnie dręczy.
Drugą ręką sięgnąłem do kieszeni po telefon i zacząłem przeglądać listę kontaktów. Może kogoś uda się namówić na spotkanie?
Kuroko z Kagamim wyjechali do Stanów i podobno robią koszykarską furorę. Ale rozmowa telefoniczna to nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. Aomine niedługo zostanie ojcem i obecnie mieszka ze swoją dziewczyną na drugim końcu Japonii. Ale jest tak zaabsorbowany swoją przyszłą rolą, że w końcu temat i tak zszedłby na imię dla malucha, zdjęcia USG i wszystkie geny, jakie Daiki przekaże potomkowi.  Murasakibara mieszka gdzieś niedaleko i prowadzi cukiernię, ale nigdy się z nim nie potrafiłem dogadać. I raczej ma mnie w dupie. Kise nie żyje, przedawkował leki na uspokojenie. Mówili, że zawiniła jego sypiąca się kariera modela. Natomiast Akashi siedzi z więzieniu za zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem i ma zabronione widzenia. Z wieloma innymi osobami kontakt mi się urwał, lub po prostu nie byliśmy w na tyle bliskich relacjach, by rozmawiać o swoich problemach.
Och, świetne rozpoczęcie Nowego Roku. Nie ma to jak wrażenie, że siedzi się w jednym, wielkim i okropnie nachalnym deja vu.

*


Otworzyłem oczy, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wrócił. Nie ruszyłem się z ciepłego łóżka, mocniej zacisnąłem powieki. Po kilku minutach zapalił światło w korytarzu, co nie obyło się bez obijania o półki i zrzucenia paru książek. Stanął w progu, opierając się o framugę drzwi, widziałem jego wydłużony cień na ścianie. Westchnął.
Chwilę później poczułem jak delikatnie zsuwa ze mnie kołdrę i wodzi palcami po moim kręgosłupie. Starałem się, żeby nie zauważył, że nie śpię.
 - Kazunari… - wyszeptał, a ja poczułem gorzkawą woń alkoholu. Coś ścisnęło mnie za gardło. Dotykał mnie delikatnie, jakby się bojąc. Jego ciepły oddech łaskotał mnie w kark. Chciałbym stwierdzić, że mi się to podobało, ale jednocześnie coś we mnie aż krzyczało z wściekłości.
 - Kazu-chan… Śpisz?
Nie, cholera, buduję rakietę dla ZSRR-u. Ale gdy zdrobnił moje imię poczułem falę gorąca rozpływającą się od serca, przez całe ciało.
 - Wiesz co… przepraszam.
Od zapachu alkoholu robiło mi się niedobrze. Wstrzymałem na chwilę oddech. Ciekawe, która była godzina?
 - Jestem dupkiem. A ty pierdolonym aniołem stróżem.
Cichy szelest pościeli, jakby Shin-chan układał się obok mnie. W końcu przemogłem się i zerknąłem na niego przez ramię. Głowę miał schowaną w ramionach i leżał tylko połową ciała na łóżku. Powoli usiadłem i pogłaskałem zielonowłosego po głowie. Jeszcze tego nie rozgryzłem, ale moja wściekłość nie miała nic wspólnego z nienawiścią. Nie potrafiłem przestać rozczulać się nad Shin-chanem pogrążonym we śnie.

5.


Spojrzał na mnie z góry i prychnął.
 - Nie rozśmieszaj mnie, Kazunari.
Usiadł na kanapie, otworzył książkę i pochłonęła go lektura. Ja nadal stałem w progu pokoju, z rękami założonymi na klatce piersiowej i uporczywie wpatrywałem się w Shintarou, licząc, że w końcu na mnie spojrzy.
 - Nie wydaje mi się, bym powiedział coś śmiesznego. Możesz mi łaskawie odpowiedzieć.
 - Ale co chcesz usłyszeć?! – zirytował się, podniósł nieznacznie głos. Wziąłem głęboki wdech.
 - Pytam się jeszcze raz. Czy ty mnie zdradzasz? – Słowa ledwo przeszły mi przez gardło i wcale nie czułem po ich wypowiedzeniu ulgi, tylko coraz większy ciężar w sercu.
Zaczęło się niespełna miesiąc temu. Midorima wracał z praktyk wyraźnie uradowany, co zdarzało się… nigdy. Na ogół był albo zmęczony, albo wściekły, albo niemalże zasypiał w drzwiach. Zdziwił mnie dobry nastrój chłopaka i z początku nie reagowałem. Potem zaczął coraz później wracać. Próbowałem z nim pogadać, jakoś dowiedzieć się, co robił. Zawzięcie milczał, kiedy ja zaczynałem się coraz bardziej niepokoić. Aż w końcu natknąłem się na list pozostawiony w kuchni. Jakaś dziewczyna pisała do Shin-chana. Prosiła, żeby „przyszedł znów do niej na noc”, że „może być spokojny, bo nikt nigdy nie dowie się o ich gorącym romansie”…
Nie wytrzymałem, i kiedy Shin-chan znów wrócił późno spytałem prosto z mostu, czy ma kogoś na boku.
 - Boże, ty chyba masz gorączkę… - jęknął mój chłopak, odkładając książkę na bok. – Na pewno dobrze się czujesz? Policzki masz strasznie rozpalone, mówiłem ci, żebyś uważał wyprowadzając te psy, bo się można teraz szybko przeziębić.
 - Skończ pierdzielić mi o przeziębieniu, do cholery! – krzyknąłem, czując ogarniającą mnie wściekłość. – Chcę jasnej odpowiedzi, tak czy nie! I dlaczego!
 - Ale co ci strzeliło do głowy?! Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym cię zdradzać?!
 - I czego rżniesz debila! To co to był za list od tej Harumi?! Ile razy już u niej byłeś?! – Głos mi się łamał, ale starałem się to zatuszować oskarżycielskim tonem. Jeszcze chwila nie wytrzymam i się rozpłaczę.
 - Jaka Harumi?!
 - Taka, która cię zapraszała na nocki, i z którą wiążesz swoją przyszłość! Dlaczego mi tutaj kłamiesz w żywe oczy?! – Uderzyłem pięścią w ścianę. Mało brakowało, a nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa, ledwo udawało mi się ustać.
Bałem się odpowiedzi Shin-chana, mimo że już wiedziałem jaka będzie. Nie potrafiłbym poradzić sobie z prawdą. W mojej głowie rodziło się mnóstwo pytań, na które tylko ja sam mógłbym odpowiedzieć. Co zrobię potem? Co zrobi on? Jeżeli będziemy musieli się rozstać…
Myśl o rozstaniu była dla mnie na tyle przerażająca, że puściła we mnie jakaś bariera. Wydałem z siebie cichy jęk i dwie łzy spłynęły mi po policzkach. Nienawidziłem płakać, a już szczególnie przez to, że wyobraziłem sobie coś wyjątkowo przykrego.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Shin-chan tuli mnie do siebie. Wczepiłem palce w materiał jego koszuli, nie potrafiąc opanować wstrząsającego mną szlochu.
 - Bakao… - usłyszałem cichy szept.
 - Spadaj! Jesteś podły! Nienawidzę cię! – wykrztusiłem. – Puszczaj mnie, draniu! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!
Tak naprawdę chciałem go przytulić jeszcze mocniej, poczuć się bezpiecznie.
 - Kazunari, nieźle pokręciłeś… - westchnął Shin-chan, głaszcząc mnie po głowie.
 - Nic nie pokręciłem! To ty uskuteczniasz jakieś nie wiadomo co na boku! – szarpnąłem się, jednak chłopak mocno trzymał mnie przy sobie. – Było mi od razu powiedzieć, że wolisz piersi, to bym sobie w liceum nadziei nie robił, debilu!
 - Dasz mi cokolwiek powiedzieć?! – znów usłyszałem nutkę irytacji w jego głosie.
 - Nie, nie dam! Bo jesteś podły i głupi, i cię nie znoszę! Jak mogłeś mi coś takiego zrobić?! – wydarłem się znowu. Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, czy po prostu chciałem wyrzucić z siebie wyrzucić cały lęk jaki zebrał się we mnie, czy usilnie próbowałem zwrócić na siebie uwagę.
Wtedy Shin-chan odsunął mnie od siebie i uderzył otwartą dłonią w twarz. Zamilkłem, wpatrując się tępo w jakiś punkt za jego plecami. Odruchowo palcami musnąłem swój policzek. Skóra zaczęła mnie piec i czułem nieprzyjemne pulsowanie.
On mnie właśnie…?
 - Przepraszam – powiedział, zwieszając głowę. – Tak mnie uczono, że trzeba zrobić, jeżeli ktoś wpadł w panikę i nie można go inaczej doprowadzić do porządku. Nie chciałem tego zrobić. Mogę teraz mówić?
Kiwnąłem lekko głową. Nie byłem w stanie już nic powiedzieć, tylko od czasu do czasu pociągałem nosem, a w kącikach oczu nabrzmiewały łzy.
 - Znalazłeś list od Harumi Nasai, jak dobrze mi się wydaje. I pomyślałeś, że cię z nią zdradzam. A czy ty wiesz, że ta Harumi, to jest moja psychofanka jeszcze z gimnazjum? Latała na każde moje mecze, czekała aż wyjdę z szatni, czasami udawało się jej dostać na treningi. Parę razy mało brakowało, a włamałaby mi się przez okno. Jak poszedłem do liceum to zmieniłem numer telefoniczny, więc myślałem, że da mi spokój – mówił spokojnie, jakby opowiadał mi jakąś bajkę. Ból w policzku powoli ustępował i z każdym wypowiedzianym przez Shin-chana słowem robiło mi się lżej na duszy.
 - No i nie wiem skąd, ale znalazła nasz adres. Nieźle się nakręciła, skoro posądziłeś mnie o coś tak niedorzecznego – dokończył i lekko się uśmiechnął. – Już wszystko w porządku?
 - To dlaczego wracałeś tak późno? – spytałem najciszej jak umiałem. Teraz zaczynałem czuć palący wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie.
 - Przygotowywałem się do egzaminu, więc miałem dodatkowe zajęcia, gamoniu. Ty naprawdę myślałeś, że…
Szturchnąłem go palcem w bok.
 - Wcale nie – burknąłem, czerwieniąc się gwałtownie. Jeżeli mój poziom wstydu trzy minuty temu wynosił pięć, to teraz podskoczył do dwudziestu. Shin-chan westchnął i objął mnie mocniej ramionami.
 - Bakao…
4.


Pchałem przed sobą wózek sklepowy, cicho pogwizdując. Shin-chan kazał mi znaleźć jakiś szampon, podczas gdy sam przeczesywał market, szukając różowego szalika. Lucky item, Oha Asa i tego typu sprawy. Niesamowite, że dwudziestosiedmioletni facet nadal tak przejmował się horoskopami.
Nagle moją uwagę przykuła półka z ubrankami dla małych dzieci, a konkretniej pomarańczowo-zielone śpioszki dodatkowo upstrzone niebieskimi gwiazdkami. Gwałtownie się zatrzymałem, wpatrując jak głupi w kiczowate wdzianko. Nawet nie zauważyłem, jak zdjąłem je z wieszaka i wtuliłem twarz w mięciutki materiał.
Sam nie rozumiałem co do cholery robię, po prostu… taki odruch? Zachichotałem zaciągając się zapachem śpioszków. Pachniały już jak małe dziecko.
Ogarnąłem, że coś jest nie tak, kiedy kątem oka dostrzegłem dwie kobiety, wyraźnie zniesmaczone i wystraszone moim zachowaniem. Ulotniły się zaraz potem. Sam odwiesiłem szybko ubranko na wieszak i oddaliłem się z wózkiem od regałów.
Nie żebym był jakimś pedofilem. Serio. Strasznie lubiłem dzieci, jeszcze będąc w gimnazjum uwielbiałem się zajmować moją młodszą siostrą i jej koleżankami. Wtedy też postanowiłem, że pójdę na pedagogikę, czy coś w ten deseń. Obecnie jeżeli ktoś ze znajomych nie chciał zostawiać swojego malucha na wieczór samego, w pierwszej kolejności dzwonił do mnie. Według otoczenia byłem najlepszym materiałem na niańkę albo ojca.
Szkoda, że ta druga opcja jest niewykonalna. Shin-chan twardo stał przy decyzji, że żadnych dzieci w naszym domu nie będzie. O adopcji mogłem zapomnieć. Kilka razy próbowałem coś ugrać z ukochanym, ale zawsze kończyło się tak samo: „Nie ma mowy. Dzieci sprawiają tylko problemy i ciężko z ich strony o wdzięczność.” To nie tak, że po części się z tym nie zgadzałem. To jasne, że podczas opieki nad maleństwem nie raz i nie dwa trzeba będzie zarywać nocki, biegać po lekarzach, przejmować się wszystkim co robi, a potem można usłyszeć „Daj mi spokój, odwal się!”.
I to właśnie dlatego tak bardzo chciałem stać się rodzicem. Traktowałem to jako wyzwanie i nie lada wyczyn.
Wracamy do punktu wyjścia. Dzieci nie ma i nie będzie.
 - Gdzie tak lecisz? – usłyszałem za sobą. Nawet nie zauważyłem jak minąłem się z Shin-chanem i gnałem dalej przez alejkę. Wróciłem do chłopaka.
 - Nie zauważyłem cię – rzuciłem z radosnym uśmiechem, na co Shin-chan posłał mi spojrzenie, którym jakby chciał mi przekazać: „mam prawie dwa metry wzrostu i zielone włosy. Chłopie, CZEGO nie zauważyłeś?!”
 - Aha. To masz szampon? – spytał.
 - Y… no nie! – odparłem z nie mniejszą radością niż wcześniej. -
Ale widziałem urocze śpioszki, może chciałbyś…
Oj.
No to wpadłem.
Od naszej ostatniej kłótni postanowiłem, że nie będę w ogóle wspominał o dzieciach. Szkoda psuć sobie krew na nic nie wznoszących sporach, po których Shin-chan albo jeszcze bardziej zaczynał nienawidzić dzieci, albo strzelał focha i ignorował mnie przez jakiś tydzień.
 - Kazunari… - Poczułem na karku nieprzychylne spojrzenie Shin-chana, więc szybko nachyliłem się do wózka, pod pretekstem sprawdzenia, czy mamy wszystko.
 - Co? Jak chcesz się na mnie podrzeć, to w domu, okej? – westchnąłem, przerzucając z prawa na lewo płatki śniadaniowe.
 - Kiedy ja nie chcę się drzeć, nanodayo.
 - Uhm.
Nagle poczułem, jak mój chłopak łapie mnie w pasie i wrzuca do sklepowego wózka. Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy popchnął wózek, w którym przejechałem całą długość alejki, drąc się jak dziki, aż w końcu uderzyłem w niewielki stragan z owocami. Wraz z naszymi zakupami zleciałem na podłogę, po czym musiałem się stamtąd szybko ewakuować, bo z najwyższych półek straganu zaczęły spadać ananasy. A wizja oberwania dwu i półkilowym owocem wcale mi się nie uśmiechała.
Kiedy udało mi się wstać, wydarłem się na cały regulator:
 - SHINTAROU! CO TO, DO CHOLERY, MIAŁO BYĆ?! – Zrobiłem kilka niepewnych kroków w kierunku Shin-chana, gdy ktoś złapał mnie za ramię.
Okazało się, że był to ochroniarz, który na szczęśliwego bynajmniej nie wyglądał. Musieliśmy zapłacić jakieś dziesięć tysięcy jenów mandatu, za zakłócanie spokoju, rozwalone owoce i wózek.
 - I po co to miało być?! – spytałem, gdy wyszliśmy ze sklepu, taszcząc cztery wielkie torby. Shin-chan spojrzał na mnie z góry i wzruszył ramionami.
 - Żebyś się niepotrzebnie nie przejmował, nanodayo. Trochę denerwuje mnie twoje ciągłe trajkotanie o dzieciach, ale to nie jest tak, że ci jakąś krzywdę zrobię gdy tylko o nich usłyszę.
 - Krzywdy mi niby nie zrobisz, ale w takim razie kto popchnął ten wózek? – rzuciłem z krzywym uśmiechem.
 - Nic by ci się nie stało. Skorpiony miały mieć dzisiaj szczęśliwy dzień, mimo wielu przeciwności losu. Poza tym, miałeś ze sobą szczęśliwy przedmiot.
 - Niby jaki?...
 - Mnie – odparł Shin-chan i wyprostował się dumnie.

3.

Pamiętam, że była wtedy pełnia i księżyc był naprawdę ogromny. Żółtawy blask odbijał się w morzu. Gdzieś daleko grała muzyka z dyskoteki na deptaku, cicho brzęczały sztućce w kawiarenkach. Otwierano je dopiero pod wieczór, bo za dnia było zbyt ciepło. Teraz znad wody wiał delikatny wiatr, w powietrzu unosił się słonawy zapach, który tak pokochałem w ciągu jednego miesiąca.
Wyciągnąłem Shin-chana na ostatni spacer po plaży, swoiste pożegnanie z morzem. Kupiliśmy nawet dwa ogromne lampiony, które puściliśmy z betonowego molo. Kiedy jasne punkciki zniknęły nam z oczu poszliśmy dalej, gdzie w dzień można było wypożyczyć sobie plastikowe leżaki. Długi pas plaży był wtedy zupełnie pusty, co wzbudzało we mnie lekki niepokój, chociaż zupełnie bezpodstawny. 
Shin-chan pociągnął mnie na piasek, zaczął rozbierać i obsypywać skórę pocałunkami. Nie zostałem dłużny, wyręczając go przy zdejmowaniu jego ubrań, które odrzuciłem na bok. Na pierwszym planie byliśmy tylko my, nic innego. Nasze ciała, oddechy, rytm bicia serc- to wszystko zgrało się ze sobą.
To była nasza muzyka, którą tworzyliśmy my. My, nikt inny.

2.

Jako trzecioklasiści, powinniśmy mieć już za sobą zorganizowanie jakiegokolwiek festynu. No i padło na ten Walentynkowy. Nie twierdzę, że Walentynki to zło i powinno się leczyć wszystkich, którzy je obchodzą, ale to trochę oklepany moment na organizowanie imprez, co nie?
Poza tym, sam miałem ogromne plany właśnie na Walentynki.
Z Midorimą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Należeliśmy do pierwszego składu drużyny koszykarskiej w naszym liceum i w ogóle spędzaliśmy razem dużo czasu. Chyba jako jedyny widziałem jak człowiek z Pokolenia Cudów płacze, znałem wiele jego sekretów. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem w myślach nazywać go Shin-chanem. Parę razy wyrwało mi się te zdrobnienie w większym gronie, więc postanowiłem obrócić wszystko w żart i Midorima stał się oficjalnie Shin-chanem.
A potem stwierdziłem, że nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie było go w pobliżu. Czułem się wtedy bezradny i bezużyteczny. Długo odrzucałem od siebie tę myśl, ale w końcu musiałem sam przed sobą się przyznać – zakochałem się w nim. Najprawdopodobniej nieodwołalnie.
I właśnie dzisiaj, w trakcie trwania festynu z okazji Walentynek chciałem mu to wyznać. Jeszcze nie wiedziałem jak, ale z pewnością musiałem to zrobić.

*

Tłum ludzi przewijał się przez boisko szkolne, i nic nie wskazywało na to, że zainteresowani festynem się skończą i przestaną przychodzić. Trochę mnie to niepokoiło, bo jeżeli nadal byłby taki tłok, to nie było mowy, bym na chwilę wyrwał się z mojego stoiska i powiedział Shin-chanowi o moich uczuciach.
 - Takao-kun, która godzina? – spytał Kotaro, zerkając mi przez ramię.
 - Coś koło dwudziestej – mruknąłem, wydając resztę jakiejś dziewczynie, która kupiła aż dziesięć biszkoptowych serduszek.
 - To już niedługo! – ucieszył się Kotaro, dokładając na prowizoryczną ladę czekoladowe misie.
 - Co niedługo? – Spojrzałem na kolegę i jednocześnie trzepnąłem ręką po głowie jakiegoś dzieciaka, który chciał podebrać z lady cukierki. Chłopiec pokazał mi język i uciekł.
 - To ty nie wiesz? Belfrzy zgodzili się na pokaz fajerwerków! Wydali jakieś trzydzieści tysięcy jenów, będzie zajebiście! – Twarz Kotaro rozjaśnił szeroki uśmiech.
 - To super – podsumowałem, podając następnej osobie paczuszkę ze słodkościami.
 - Nie cieszysz się?
 - Bardzo cieszę. – Przypomniałem sobie, że Shin-chan lubi fajerwerki. Może to będzie odpowiedni moment…? – O której zaczynają strzelać?
 - A bo ja wiem? – wzruszył ramionami. – Chyba za jakieś dziesięć minut.
 - CO?! – spanikowałem. – Kotaro, przejmujesz stragan! Wracam za czas bliżej nieokreślony! – Zdjąłem szybko z siebie różowy fartuch, który kazali mi założyć, i rzuciłem nim w twarz kolegi. Wbiegłem w tłum gości. Kotaro coś jeszcze za mną wołał, ale ja już tego nie słyszałem. Przepychałem się między ludźmi, usilnie próbując sobie przypomnieć, jakie stoisko miał obstawiać Shin-chan. Potrąciłem kogoś mocniej i miałem rzucić tylko jakieś „przepraszam”, kiedy zauważyłem, kim jest osoba z którą się zderzyłem.
 - Gdzie tak lecisz, Takao? – Shin-chan poprawił okulary na nosie swoim sposobem, jakby chciał mi przekazać „Wiem wszystko, durniu. I tak nie uciekniesz.” Przełknąłem nerwowo ślinę i wyjąkałem:
 - O, cześć. Wiesz co, właśnie miałem do ciebie przyjść…
 - Po co? – spytał, przypatrując mi się uważnie. Miałem niemiłe wrażenie, jakby swoim wzrokiem świdrował we mnie dziurę na wylot. Co się ze mną działo, że nie mogłem pozbierać myśli?!
 - A tak sobie, pogadać… Dostałem chwilę wolnego, no to szedłem cię odwiedzić… - wytłumaczyłem się szybko i chwyciłem go za łokieć. – Musisz iść ze mną! Znalazłem fajny stragan, gdzie sprzedają te… no, wiesz, takie rzeczy sprzedają! – Zamachałem drugą ręką nad głową, chcąc pokazać Shin-chanowi o co mi chodzi, co chyba nie przyniosło większego skutku. Pociągnąłem go więc za sobą, szukając jakiejś luki w tłumie, którą moglibyśmy dostać się na pustą część boiska, skąd najlepiej byłoby widać fajerwerki.
Kiedy w końcu udało nam się wydostać z najbardziej zatłoczonego miejsca i znaleźliśmy się na wolnej i cichszej przestrzeni, puściłem łokieć Shin-chana i odetchnąłem głęboko.
 - Tutaj nic nie ma, nanodayo. – stwierdził rozglądając się. – Czego ode mnie chciałeś?
Wzruszyłem ramionami, czując falę gorąca na policzkach.
 - Chciałem coś ci powiedzieć – wydusiłem, niepewnie zerkając na zielonowłosego. Ciągle wbijał we mnie to swoje spojrzenie, od którego miałem coraz większy mętlik w głowie.
 - No to mów.
 - Żeby to było takie łatwe! – odpyskowałem, zaciskając dłonie w pięści. – Okej, jak by to… Długo nad tym myślałem, bo to co ci teraz powiem wcale nie jest taką łatwą sprawą… To się chyba zaczęło razem z pierwszym dniem szkoły, ja wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, albo nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale to się jakoś tak porobiło… - tłumaczyłem mętnie, gubiąc się w tym, co chciałem przekazać. – I wiesz, jak zacząłem cię nazywać Shin-chanem, to tak niechcący to wyszło i musiałem potem z tego żartować, chociaż wcale nie chciałem i dlatego dzisiaj najlepiej byłoby ci to powiedzieć… Aaaagh, nie mam pojęcia o co mi chodzi, przepraszam!!! – Zasłoniłem twarz dłonią, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – Więc teraz…
 - Czekaj, Takao – przerwał mi Shin-chan, a ja niepewnie odsłoniłem oczy. – Nie jestem pewien, co konkretnie chcesz mi przekazać, ale też chciałbym cię coś powiedzieć, dobrze?
 - M-mhm. – Kiwnąłem szybko głową.
 - Mógłbyś… mógłbyś na mnie nie patrzeć? – poprosił, a ja posłusznie zamknąłem oczy. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Poczułem jego ciepły oddech na swoim policzku.
 - Mogę ci mówić po imieniu?
Nie byłem w stanie nic powiedzieć, toteż ponownie kiwnąłem głową. Miałem nadzieję, że Shin-chan nie zauważy, jak bardzo trzęsę się z podekscytowania.
 - Kazunari, kocham cię, wiesz? – wyszeptał mi do ucha. Otworzyłem szeroko oczy i przekręciłem głowę, chcąc spojrzeć mu w twarz. I wtedy, przypadkowo, musnąłem jego wargi swoimi. Miałem już cofnąć się i przeprosić, ale Shin-chan przyciągnął mnie do siebie i wpił w moje usta. Poddałem się pieszczocie, zupełnie zapominając o moim wcześniejszym zdenerwowaniu. Nawet nie drgnąłem, gdy rozległy się wystrzały i ogłuszające huki wybuchających na niebie fajerwerków.
Usta Shin-chana były miękkie i smakowały zieloną herbatą. Zmrużyłem powieki i zarzuciłem chłopakowi ręce na szyję. Gdy odsunęliśmy się lekko od siebie, spojrzałem mu w oczy.
 - Co my właśnie…? – zacząłem.
 - Milcz. To zostaje między nami – mruknął, spuszczając wzrok. Zauważyłem, że na jego policzkach wykwitły urocze, czerwone rumieńce.
 - Wyglądasz jak pomidor – parsknąłem śmiechem. – Od dzisiaj jesteś Pomidorima.
 - Cicho bądź.
 - Albo Tsunde…
Zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem.

1.

Zakwitły wiśnie. Chyba lubię te kwiaty. Są takie delikatne.
Obserwowałem drobne, różowe kwiatuszki targane przez burzę szalejącą za oknem. W sali prawie nie było słychać grzmotów, jedynie ciche dudnienie dochodzące z otworów wentylacyjnych w ścianie. Panował półmrok i miałem wrażenie, że jest już późny wieczór, podczas gdy nie było nawet dziewiątej. Z podekscytowania nie mogłem spać, obudziłem się bardzo wcześnie i do liceum przyszedłem w momencie, gdy woźny dopiero otwierał budynek. Do rozpoczęcia inauguracji roku szkolnego było jeszcze ponad pół godziny.
Szczerze, to nie mam pojęcia co mnie tak od samego rana nosiło, ale ledwo udawało mi się usiedzieć w ławce. Czułem, że dzisiaj, pierwszego dna szkoły, coś w moim życiu się zmieni. Byłem tego niemalże pewien.
Po pewnym czasie do klasy zaczęli schodzić się uczniowie. Przyglądałem się każdemu po kolei, szukając tego „czegoś” w ich zachowaniu, subtelnego sygnału potwierdzającego moje przypuszczenia o niezwykłości tego dnia.
Straciłem już zupełnie nadzieję, gdy pojawił się nauczyciel, przywitał i otwierał dziennik, by sprawdzić listę. Wszystko wskazywało na to, że „przeczucie” było tylko złudzeniem.
I wtedy drzwi klasy rozsunęły się, a do środka wszedł wysoki chłopak. Najśmieszniejsze było to, że znałem jego twarz. Wielokrotnie widywałem go na okładkach sportowych magazynów. Tymczasem skłonił się lekko do nauczyciela i powiedział:
 - Przepraszam bardzo za spóźnienie, mój dzisiejszy horoskop nie był przychylny. Obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.
Nauczyciel spojrzał na niego ze zdumieniem.
 - Ależ nic się nie stało, jeszcze nawet nie zdążyłem zacząć sprawdzać obecności. Usiądź, proszę… jak ci na imię?
 - Midorima Shintarou, proszę pana.
A kiedy nauczyciel wskazywał mu miejsce, gdzie ma usiąść, napotkałem spojrzenie Midorimy.
Skinął głową, a kąciki jego ust drgnęły w nieznacznym uśmiechu.








Hah, dawno niczego nie wstawiłam. Oto Odliczanka, moje pierwsze MidoTakaowe małe dzieło, z którego jestem niesamowicie dumna. Publikuję dopiero teraz, bo dopiero teraz mogę. Co prawda nie wygrałam tym opowiadaniem niczego, ale i tak cholernie się cieszę, że Kagami Yuuki dała mi taką pozytywną opinię. Mam nadzieję, że i Wam się spodobało.
Z ogłoszeń parafialnych, to chcę jeszcze powiedzieć, że "Yochien no Kiseki" niedługo będzie miało drugi rozdział (czytaj: wstawię jutro). Co do "Wybrańców"... Będzie to raczej krótka seryjka, nie więcej niż dziesięć rozdziałów. Potem pojawi się East-West, dość długie opowiadanie z Hetalii. Szykuję też dłuższą serię z Shingeki no Kyojin, w której pojawi się kilka moich OCków. Mam nadzieję, że większość uda mi się napisać przed końcem tego roku. Natomiast 2016 będzie rokiem systematyczności i nie pozwolę sobie na zastoje w pisaniu, o! XD 

środa, 26 sierpnia 2015

[KnB] Yochien no Kiseki - rozdział 1

 - To jak? Zgadza się pan, czy nie?!
 - Takao-kun, spokojnie.
Czarnowłosy chłopak wiercił się niecierpliwie na krześle i wpatrywał w urzędnika. Miał wrażenie, że z ekscytacji zaraz eksploduje.
 - Jesteście absolutnie pewni, że chcecie się tego podjąć? Jeżeli spróbujecie potem pozbyć się tych dzieci, to będziemy zmuszeni wejść z wami na drogę prawną. – powiedział poważnie barczysty mężczyzna siedzący za biurkiem.
 - Jesteśmy absolutnie pewni. Kiedy dzieci zostaną nam oddane i gdzie będzie mieściła się instytucja? – dopytywał jeszcze Kuroko.
 - Wychowankowie pojawią się już jutro. Ich poprzedni wychowawcy wspólnie ustalili, że im szybciej tym lepiej. Natomiast adres się nie zmienił, Itabashi to dobre miejsce. Budynek jest już w pełni wyremontowany i umeblowany.
 - Dobrze. – rzucił Kuroko. – Dziękujemy za informacje. Do widzenia. – pożegnał się, wstał ze swojego miejsca i skierował kroki w stronę wyjścia.
Takao tylko burknął coś pod nosem i wyszedł za przyjacielem. Przeszli przez szare korytarze urzędu i znaleźli się przed burym gmachem. Kuroko poluzował ciasno zawiązany krawat i sapnął.
 - No i mamy, co chcieliśmy. – oznajmił, lekko się uśmiechając. Czuł niewysłowioną ulgę i radość.
 - Tobie też się wydaje, że ten facet robił nam łaskę, że się zgadza? – zapytał nagle Takao. Jego towarzysz wzruszył tylko ramionami.
 - Ale nasz wniosek przeszedł, i to pozytywnie. A właśnie… - Tetsuya przypomniał sobie o teczce, którą na początku spotkania wręczył mu urzędnik. W środku znajdowały się informacje na temat dzieci. – Takao-kun, trzeba to przejrzeć.
Czarnowłosy chłopak rzucił się na teczkę z okrzykiem: „DAWAJ!”.
 - No, pokaż mi te słodziuchne maleństwa! – nalegał, chcąc zabrać Kuroko dokumenty.
To właśnie Takao wyszedł z inicjatywą założenia rodzinnego domu dziecka i skutecznie namówił do tego Tetsuyę. Przez prawie pół roku ganiali po wielu urzędach i instytucjach, załatwiając wszystkie potrzebne dokumenty i badania. No ale w końcu się udało.
Oboje udali się do pobliskiej kawiarni, by uczcić swój sukces dobrą latte . Przy okazji postanowili tam dowiedzieć się co nieco o swoich przyszłych wychowankach. Cieszyli się także, że będą mogli przejąć nad nimi opiekę już jutro. Usiedli przy ostatnim wolnym stoliku przy dużym oknie i zaczęli czytać.
 - Midorima Shintaro, 5 lat, zielonowłosy chłopak, nosi okulary… Uwagi: jeszcze nie wyrósł z pieluch. – przedstawił najważniejsze informacje Kuroko, odkładając na bok pierwszą kartkę.
 - Cóż, damy radę… - zapewnił dziarsko Kazunari. – To lecimy dalej. Momoi Satsuki, 4 lata, różowe włosy, wesoła dziewczynka. Skora do kłótni z innymi dziećmi o błahostki.
Tetsuya skinął głową i wziął do ręki kolejną kartkę.
 - Kise Ryota, pięciolatek, blondyn. Uwagi: dziecko podatne na częste urazy. – mówiąc to, błękitno włosy nie był pewien, czy dobrze zrobił dając się przekonać przyjacielowi.
 - Murasakibara Atsushi… Jezu, jakie nazwisko… Wiek 5 lat, chłopiec, fioletowe włosy… jakieś tęczowe przedszkole będziemy mieli. – roześmiał się Takao. – Uwagi: je więcej słodyczy, niż przeciętne dziecko, czasem agresywny. I wzrost jak na pięciolatka ma ogromny! – wzruszył ramionami, podzielając niepewność przyjaciela.
 - Aomine Daiki, 5 lat, granatowo włosy chłopiec o ciemnej karnacji. Dziecko pyskuje, wdaje się w bójki, ma przejawy perwersyjnego zachowania. – Kuroko wciągnął głośno powietrze i po chwili je wypuścił. – Na pewno nie będziemy się z nimi nudzili, nie?
 - Kagami Taiga, 5 lat, czerwono włosy. Uwagi: dziecko to jest nienajedzone. – Takao parsknął śmiechem. – Kto to pisał? Nienajedzone… - chłopak położył się na stole, trzęsąc się od nieopanowanego śmiechu.
 - Aida Riko, wiek 4 lata, brunetka. Uparta jak osioł i skora do kłótni. – Kuroko nie okazywał żadnych emocji, czytając.
Takao sięgnął po ostatnią kartkę z wyraźną ulgą.
 - Dobra, ostatni maluch. Akashi Seijuro. Pięć lat, czerwone włosy. Uwagi: chęci odizolowania się od świata, skłonności depresyjne i samobójcze… CO?! – wstrząśnięty Kazunari gwizdnął cicho. – Będziemy musieli na niego uważać.
 - Żeby tylko na niego. – Kuroko podparł głowę rękami. – Reasumując, mamy dwóch żarłoków, dwie drące się panny, jednego kandydata na zboczeńca, jednego w pieluchach, jednego kalekę i seryjnego samobójcę… Czekaj, kto wpadł na pomysł założenia rodzinnego domu dziecka? – Tetsuya spojrzał znacząco na przyjaciela, który właśnie rozpływał się z zachwytu nad załączonymi do dokumentów zdjęciami.
 - Nie przesadzaj, patrz jakie z nich słodziaki. – chłopak pokazał jedną z fotografii, przedstawiająca drobnego chłopczyka o blond włosach i oczach koloru miodu. Miał długie rzęsy, prawie jak dziewczyna i uśmiechał się radośnie.
 - To chyba Ryota, nie?
 - Ano. Nie martw się, wynagrodzą ci słodkością.
 - Szczególnie ten samobójca. Masz jego zdjęcie?
Takao znalazł fotografię i dokładnie się jej przyjrzał. Po chwili wzdrygnął się i oddał kartonik Kuroko.
 - Co jest? – zainteresował się błękitno włosy, biorąc od przyjaciela zdjęcie. Była na nim maleńka postać o krótkich, czerwonych włosach i tęczówkach w tym samym kolorze. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chłopiec miał łzy w oczach, a drobne rączki pokryte siatką cienkich, białych blizn.
 - O cholera. – stwierdził krótko Tetsu.
 - Dziecko po przejściach? Maltretowane w domu? – zgadywał Takao. – Czy może chore psychicznie?
Kuroko pomyślał chwilę i odparł cicho:
 - Ciężko stwierdzić. Ale chyba dali nam wychowanków dość… problematycznych.
Takao wzruszył ramionami, popijając w zamyśleniu kawę. Nie czuł się w swojej decyzji tak pewnie, jak jeszcze przed kilkoma godzinami, co nie znaczyło, że jego entuzjazm osłabł.
 - Może chcą nas sprawdzić?
 - Albo nas nie lubią. Zadzwonię jeszcze do ośrodka i wypytam o tego małego. Najwyżej pomęczymy się z nim trochę, aż go adoptują. – rzucił jakby od niechcenia Kuroko, zerkając za kawiarniane okno. Ludzie na zewnątrz spieszyli Siudo swoich spraw. Wielki, rwący nurt zapracowanych tokijczyków.
Po dopiciu kawy, przyjaciele udali się obejrzeć budynek, w którym jutro spotkają się z dzieciakami. Miejsce to znajdowało się dość blisko kawiarenki, z której niedawno wyszli. Dotarli do odpowiedniej kamienicy po nie więcej niż piętnastu minutach. Od razu im się tutaj spodobało. Dzieciaki będą mieszkały w osobnych pokojach. Były one umeblowane skromnie, ale sprawiały miłe wrażenie. W każdym znajdowało się łóżko, szafa, mały kredens i biurko wraz z krzesłem. Oprócz tego na ścianach wisiało kilka niewielkich półek. Tak samo w każdym pokoiku.
Takao i Kuroko postanowili nakleić na drzwiach kartki z imionami ich podopiecznych. Po przygotowaniu tego, zdecydowali, że czas najwyższy dowiedzieć się więcej o historii Akashiego. Tetsuya wykonał kilka telefonów. Szczęśliwym trafem, kobieta, która sprawowała opiekę nad czerwonowłosym chłopcem zgodziła się na spotkanie o 15. Czyli za dokładnie dwadzieścia minut. Do tego czasu przyjaciele zapoznali się z panią Fukudą. Była to bardzo miła osoba, kucharka, którą zatrudnili przed dwoma dniami.
 - Dzień dobry…? – rozległo się nagle wśród korytarzy kamienicy. Kuroko i Takao zeszli na dół schodami i zobaczyli niską brunetkę o smutnym wyrazem twarzy.
 - Witamy panią! – ożywił się natychmiast Takao. – Jestem Takao Kazunari, a to mój przyjaciel Kuroko Tetsuya.
 - Haruki Mei, miło mi. – brunetka skinęła uprzejmie głową.
 - Nam też niezmiernie miło, nie sądziłem, że uda się nam spotkać tak szybko. Tym bardziej, że sprawa jest dosyć nagląca. – powiedział Kuroko. – Ale nie będziemy tak stali, usiądźmy proszę.
Trójka przeniosła się do świetlicy, również przygotowanej na pojawienie się dzieci. Siedzieli przy okrągłym stoliku, nad filiżankami herbaty i rozmawiali o przeszłości Akashiego Seijuro.
 - Dowiedzieliśmy się, że zna pani historię tego chłopca. – Kuroko wpatrywał się spokojnie w oblicze Haruki.
 - Owszem, ale… - zaczęła niepewnie kobieta. – Obawiam się, że moja wiedza może nie być wystarczająca.
 - Proszę mówić.
 - Więc… Akashi-chan jest sierotą. Jego rodzice nie żyją od roku. Pewnego dni przyszła do mnie policjantka z nim na rękach. Powiedziała, że nie ma innej rodziny mieszkającej w kraju. Tak mówiła, a Akashi-chan był wtedy taki spokojny, nie płakał ale też nic nie mówił… - kobieta pociągnęła nosem i otarła oczy wierzchem dłoni. – Przepraszam, ale wiem tylko tyle.
 - Nic się nie stało. To i tak więcej, niż wiedzieliśmy. A jeśli mogę spytać, jaki jest Akashi? – zadał pytanie Takao. – Znaczy, z charakteru. Jaki miał kontakt z rówieśnikami?
Haruki westchnęła ciężko i spojrzała przez okno. Ani Kuroko, ani Takao nie naciskali, żeby mówiła. Zdawali sobie sprawę, że każdy wychowanek domu dziecka to inna smutna, a nawet tragiczna, historia. Było więc jasne, że kobieta może mieć trudności z powiedzeniem niektórych rzeczy.
 - Tak właściwie, to nie miał żadnych relacji. – odpowiedziała cicho. – Izolował się od dzieci, nigdy nie bawił się w grupie. Zawsze siedział sam gdzieś w kącie albo przy stoliku i rysował. Czasem czytał. Rzadko rozmawiał z opiekunami, a jeśli już, to używał wielu słów, których pięciolatki raczej nie znają. No… Ma też skłonności samobójcze. Raz pociął sobie ręce nożyczkami i straszył inne dzieci. Kilkakrotnie chciał się udusić sznurówkami. Nie wiemy, skąd u niego takie zapędy. Może to kwestia tego, co przeżył… Akashi-chan to nie pierwszy przypadek takiego zachowania, jednak nigdy takich rzeczy nie było w takim wieku.
Zapanowała kilkunastosekundowa cisza, którą przerwał Kuroko.
 - Dziękujemy, że chciała się pani z nami spotkać i porozmawiać. To było dla nas bardzo ważne. – wstali i pożegnali się, a następnie odprowadzili Haruki do drzwi kamienicy.
Tetsu i Kazunari  zabrali ze świetlicy filiżanki i poszli do kuchni. Usiedli przy stole, chcąc jeszcze raz przeanalizować słowa opiekunki Akashiego.
 - I co o tym myślisz? – zaczął niepewnie Takao, zerkając na swojego przyjaciela.
 - Jeszcze nie wiem. Będziemy musieli go delikatnie wypytać o rodziców i równie ostrożnie zachęcić do pozostałych. – odparł spokojnie Kuroko, chociaż z jego twarzy można było wyczytać, że jest szczerze zmartwiony całą tą sprawą.
 - Czyli zostało nam tylko czekać aż jutro dzieciaki do nas przyjdą… - zawyrokował Takao.
 - Tak. Martwię się tylko, czy my sobie z nimi poradzimy. – myślał na głos błękitno włosy, bujając się na kuchennym krześle.
 - No ba, że poradzimy. Jak nie my, to kto? – zapytał półżartem czarnowłosy, zerkając na przyjaciela.

Przesiedzieli i przegadali o rożnych mniej i bardziej ważnych sprawach do późnego wieczora, a potem, po odbyciu prysznica obaj poszli spać. Z niecierpliwością czekali, co przyniesie im nowe jutro. 











Hahaha, bądźcie ze mnie dumni, jest oto Kuroko XD Piszę te opowiadanie z przyjaciółką i jestem z niego cholernie dumna ;w; 
Pozdro,
M.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

[SnK/OC] Wybrańcy - trailer

Myślałam, że po służbie wojskowej w Korpusie Kadetów, będąc jego uczennicą, stanę się taka jak on. Że będę obojętna na śmierć przyjaciół i zupełnie nieznanych mi osób. Że będę potrafiła przyjmować wszystko z zimną krwią. Chciałam się taka stać. Silna liderka, szanowana przez wszystkich, niezniszczalna fizycznie i psychicznie. Taka miałam być. I tak teraz postrzegają mnie ludzie, widzą mnie taką, gdy wycieram srebrne ostrza z krwi tytanów.
Ale tak naprawdę jestem o wiele słabsza. Kiedyś potrafiłam płakać i odczuwać ból. Świat był dla mnie zagadką, tajemniczym skarbem, który czeka abym go odkryła. 
I odkryłam. Odkryłam okrutny łańcuch pokarmowy, odkryłam charaktery wielu ludzi, największe błędy i wady mojego społeczeństwa. On wszystko mi pokazał. I pokazał też, jak mam się na to uodpornić. Jak nie płakać po stracie najbliższych, jak ukrywać i zapominać pragnienia i zachcianki. Nauczył mnie, jak stać się bezlitosną maszyną do zabijania, którą społeczeństwo wkrótce okrzyknie mianem bohatera stulecia. 
Więc jak? Odważysz się przejść przez ten sam szlak, co ja?



Dam da ram dam, zapowiedź dłuższej seryjki ;w; Zacieszam i w ogóle. 
Pozdro,
M.

czwartek, 18 czerwca 2015

[APH] Elastic Heart

Jedynym światłem był ekran komputera. Romano tępo spoglądał przez okno. Nagle rozległ się pisk, informujący o nowym fanficku. Włoch niechętnie przeniósł wzrok na monitor. Parszywy fandom. Parszywi fani. Nigdy spokoju nie dadzą. 
Romano wstał z łóżka i przecierając zmęczone oczy usiadł do komputera. Otworzył migające okienko i zaczął czytać.
Tekst był cholernie długi. Jakiś ckliwy wstęp. Nowy rok na luksusowym statku. Oczywiście Włochy Południowe jest głównym bohaterem. Wszędzie piękne kobiety, dziani mafiosi, bogacze. Wino leje się hojnie. W orkiestrze, na gitarze gra jakiś Hiszpan. 
Romano prychnął. Już wiedział, jaki zabieg przeprowadzi autor. 
Włoch raz po raz łapał ukradkowe spojrzenia Hiszpana. I tu opis. Kasztanowe włosy, oliwkowa skóra i te oczy. 
- Kurwa! – mruknął sam do siebie. Dlaczego wszystkie te opowiastki są tak do siebie podobne?!
Za godzinę północ. Orkiestrę zamieniają na sprzęt elektroniczny- z głośników rozbrzmiewa pop, disco. Do baru, do Włocha dosiada się Hiszpan z Gitarą. Przedstawia się, ma na imię Antonio. Jakiś monolog. Oczywiście Romano udaje niedostępnego, obojętnego. Hiszpan sypie żarcikami. Monolog wewnętrzny Włocha, że coś go ciągnie do Antonia, nieposkromiona żądza… I w końcu staje się. Na kilka minut przed północą Antonio zabiera Włocha do swej kajuty. Opisy budujące atmosferę pożądania. I w końcu scena gorącego seksu.
Romano z trudem powstrzymał się, żeby nie wywalić komputera przez okno. Dlaczego właśnie jego musiano dobierać do tak obrzydliwych rzeczy? Rozumiał, że niektórzy są spragnieni miłości, ale żeby aż tak?
Włochy wyszedł z pokoju. Pogasił światła, zamknął wszystkie okna i wyszedł z mieszkania. Wybiegł na ulicę. 
Może jakiś bar przy Via Enrico Alvino, będzie mógł naprawić tak podle uplastyczniane jego serce i ciało.

Natalia starała się nie zasnąć. Głowa opadała jej na boki, ale musiała wytrzymać. Przynajmniej do północy, kiedy Ameryka puszcza mailem siatkę, że na dzisiaj koniec czuwania. Jeszcze tylko godzina… 
Białorusinka obróciła krzesło i oplotła oparcie nogami. Taki nawyk. Polska zawsze śmiał się, że wygląda wtedy jak miś koala. Litwa tylko trochę speszony szeptał „Panienko, proszę usiąść po ludzku, tak nie wypada!” Przy czym czerwienił się jak burak. 
Uch, czy północ nigdy nie nadejdzie?! Białoruś ze zdenerwowaniem zdała sobie sprawę, że będzie musiała niedługo zapłacić za Internet. Cholera, przekroczyła już limit o paręset rubli. Zresztą, robi to dla dobra wspólnego, może uda się jej ubłagać o jakąś zrzutkę na opłacenie. 
Jest! Ekran monitora rozbłysł, na środku pojawiło się okienko informujące o fanarcie. Natalia niepewnie kliknęła na opcję „otwórz”. Wstrzymała oddech. Jej zmysł artystyczny nie burzył się, wykonanie jest staranne, kolory nie kłócą się ze sobą. Mroczna tonacja. Z boku napis- po angielsku, litery są umieszczone jedna pod drugą, podobnie jak w japońskim zapisie.
Will you marry me, Russia? Marry me… marry me… 
Białoruś uderzyła pięścią w blat stołu. Oczywiście, pośrodku mrocznego tła znajduje się ona sama. Z szaleńczym uśmiechem trzyma nóż na gardle lalki przypominającej Iwana. Tego pieprzonego zdrajcę. Tego oszusta, który mówił, że wszystko będzie dobrze po unii! Że nie będzie biedy! Że komunizm to coś wspaniałego! 
Zamknęła kartę, otworzyła następną, ich własne forum. Anglia z Estonią przy jego tworzeniu popisali się niemałym  talentem. Dla osoby „z zewnątrz” strona była poświęcona w całości leczeniu kurzajek. Dla państw była głównym środkiem komunikacji. Wystarczyło wpisać odpowiednie hasło i strona zmieniała się zupełnie. Kilka chatów, odnośników, kalendarium spotkań i ważnych wydarzeń. Bardzo sprytnie przemyślane i stworzone. Natalia rozesłała wszystkim wiadomość
Na dziś to już chyba tyle, był tylko jeden. Ze mną, ta sama treść i przekaz. Mój Boże, żeby chociaż jakoś bardziej kreatywnie to przedstawiono…
Chciała wyłączyć komputer, gdy ten wyświetlił powiadomienie o nowych wiadomościach z forum.
Przykro mi. Ale przynajmniej (w większości) nie biorą Cię za homoseksualistę. Niemcy
No, potrafią być wyjątkowo bezczelni. Gdybym mógł, to bym się z Tobą zamienił. I tak już masz ciężko. Ameryka
Natalia uśmiechnęła się lekko.
Dzięki. Kocham Was. B.
Wyłączyła komputer. Jakoś odruchowo poszła do kuchni. Mimo, że wiedziała, że ma wsparcie od kilku europejczyków, czuła się zupełnie sama. Bezsilna. Bezradna. Nawet nie zauważyła jak zdjęła z plastikowej suszarki nóż.
Skóra. Powłoka jako tako elastyczna, jednak cholernie ciężko ją zdjąć w całości. Podobnie serce. Niby siedzi ci tam w środku, ale często się rozpada. Z powodu czegoś. Lub kogoś. Niesamowite, jak naostrzony kawałek metalu od razu potrafi rozciąć i jedno, i drugie.

- Dlaczego mnie tu prawie wcale nie ma? – Peter zrobił naburmuszoną minę. – Przecież jestem tak samo ważny, jak pozostali, wiesz? 
Jedyny najemny żołnierz, którego posiadał Sealand, uśmiechnął się z zakłopotaniem. Bo jak tu takiemu dziecku powiedzieć, że go tak naprawdę nie ma?
Sealand spojrzał na żołnierza. 
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Willis. – twarz mikronacji spochmurniała. – Dlaczego Hetardzi mnie pomijają?
- Ależ nie pomijają zupełnie! – Willis natychmiast zaprzeczył. – Po prostu nie jesteś jeszcze bardzo popularny. Musisz pokazać im prawdziwe show. 
Seland majtał nogami w powietrzu. Morze pod platformą marszczyło się pod wpływem wiatru i lśniło setkami odbitych promieni słonecznych. Na błękitnym niebie nie było żadnej chmurki. Wokoło niósł się krzyk mew. 
- „Prawdziwe” to znaczy jakie? – spytał ponownie chłopiec. – Yaoi? Dokonać zamachu na Rosję? Wypowiedzieć wojnę Łotwie? – na wspomnienie o przyjacielu poczuł tępy ból między żebrami. Telefon dawno nie dzwonił, w skrzynce mailowej ostatnia wiadomość pochodziła sprzed kilku miesięcy. Co było nie tak? Czy to wina jego, Petera? Może po prostu Łotwa nie miał czasu? A może to już koniec? Raivis oszczędził bolesnych słów i po prostu odszedł, jakby go nigdy nie było…
- Masz wolne do końca dnia. – rzekł Sealand do żołnierza. Wstał, otrzepał mundurek, spojrzał jeszcze raz na morze i udał się do swojej mikroskopijnej kajuty. 
Chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił numer Łotysza. Przez kilka minut nie było sygnału. Potem rozległ się głos. Bynajmniej nie należący do Łotwy. 
- Czego tam znowu?
Sealand zmieszał się.
- Y… Dzień dobry, nazywam się Peter Kirkland. Czy mógłbym rozmawiać z Raivisem Galante?
Ten sam, niemiły głos rzucił oschle:
- Bardzo musisz? 
- Bardzo. 
Chwila ciszy.
- Tak? 
- Łotwa?  
- Jā. – odpowiedział cicho. – Po co dzwonisz?
- Jak to- po co?! Do przyjaciela dzwoni się bez powodu! – Sealand usłyszał w słuchawce ciche sapnięcie. Wiedział, że Raivis się uśmiechnął. Od razu na sercu zrobiło się cieplej
- Doceniam. Ale wybrałeś zły moment.
- Dlaczego? 
- Litwa przeczytał RusLietPola. Hardcore’owy trójkąt, nawiasem mówiąc. 
- A-acha… - Peter zbaraniał. – To wiesz, ja zadzwonię później! Trzymaj się! – już miał odłożyć słuchawkę, ale zmienił zdanie. – Ej, Latvia! Spodziewaj się, pomocy, nadchodzę! 

Parę tysięcy kilometrów dalej, w Rydze młody Łotysz śmieje się w duchu. A z mieszkania przy Kaļķu iela numer 10 niesie się w niebo prośba: 
Boże, nie pozwól mu się zmienić. Nie pozwól mu się zatracić w naszej rzeczywistości i zamienić serca w rozciągliwą gumę.



Stary hetaliowy fick na konkurs. Byłam (i nadal jestem) z niego taka dumna! <3 
Opowiadanie napisane pod wpływem piosenki Elastic Heart, polecam wysłuchać. No, to teraz w poczuciu spełnienia obywatelskiego obowiązku mogę lecieć oglądać Kuroko no Basuke >w<
Pozdro,
M.