6.
W słuchawce rozległ się gromki śmiech i kobiece piski, a zaraz potem brzęk
tłuczonego szkła.
- Shin-chan, jesteś tam jeszcze? – spytałem cicho.
- Co? – usłyszałem. Oparłem czoło o lodowatą szybę. Nie byłem wściekły.
Nawet nie zirytowany. Pogodziłem się z faktem, że dając ponieść się emocjom nic
nie wskóram. A zresztą, o jakich emocjach mówimy?! O zupełnej pustce?
- Pytam, czy nadal masz te spotkanie biznesowe.
- Aaach, spotkanie! – w tonie jego głosu wyczułem coś na kształt obawy. –
Cóż, przedłuży się trochę… Nie wiem o ile, ale wrócę do domu i jako pierwszy
złożę ci życzenia, jak zawsze. Tuż po północy. – Zerknąłem kątem oka na
zegarek, była za siedem dwunasta.
Uhm, Shintarou, na pewno wrócisz.
Zobaczyłem w odbiciu szyby swoją twarz, wykrzywioną w dziwnym grymasie, który
początkowo miał chyba być uśmiechem. Teraz Midorimę stać było najwyżej na
życzenia noworoczne, a i tak często spóźniał się z nimi dwa-trzy dni. A kiedyś…
co robiliśmy kiedyś?
Siadaliśmy na brzegu fontanny znajdującej się w pobliskim parku, z domu
zabieraliśmy ze sobą jakieś drobniejsze przekąski i duży termos kawy, i tam
urządzaliśmy sobie małą biesiadę. Oczywiście jedzenie znikało w mgnieniu oka,
żeby nie zamarzło (jak to pewnego razu zdarzyło się nam z gotowanym kalmarem).
Gdy robiło się naprawdę zimno Shin-chan trzymał mnie za ręce.
Jego dłonie zawsze były takie ciepłe…
Narzekaliśmy na kilka chwil przed północą. A potem był długi, długi pocałunek w
blasku fajerwerków, ich ogłuszającym huku. I siedzieliśmy tak, póki nie
zaczęliśmy naprawdę marznąć. Wracaliśmy do domu i kochaliśmy się aż nie
mieliśmy już zupełnie sił. I zasypialiśmy razem, nie martwiąc się o nic.
- Och. To cudownie – rzuciłem beznamiętnie do słuchawki. – Trzymam cię za
słowo.
- No i widzisz, niepotrzebnie się stresujesz. Przecież wiesz, że…
- Tak, Shin-chan, wiem. Musisz dużo i ciężko pracować, ale dzięki temu
będziemy mogli żyć jak królowie. To nie los będzie tobą kierował, sam
zdecydujesz o tym, co dalej. No i przede wszystkim trzeba przeć do przodu,
świat też się rozwija a ty nie możesz stać w miejscu – przerwałem mu szybko,
recytując oklepany tekst. Ile razy sam byłem nim karmiony, święcie wierząc w
jego prawdziwość?
- Ha, ha! No nie martw się, Kazunari. Jesteś już dużym chłopcem. Niedługo
będę.
- Jasne, Shin-chan. Czekam. – Rozłączyłem się szybko i schowałem telefon
do kieszeni. Przymknąłem oczy, czując nagle mrowienie pod powiekami. Super,
jeszcze się rozpłaczę. Zajebiście po prostu.
Szyba drżała lekko, kiedy na niebie wybuchały przedwcześnie wystrzelone
fajerwerki. Zawsze gderaliśmy głośno na tych, którzy je wypuszczali przed
czasem, bo przecież się marnowały.
Pierwsza i druga łza spłynęła mi po policzku. Szybko otarłem je rękawem bluzy,
ale potem było ich za dużo. Ogarnęła mnie jakaś niemoc i pustka, zupełny
bezwład. Jakby każda część mojego umysłu po kolei się wyłączała… Czułem jakby
łzy wypalały mi skórę, jakby były jakimś żrącym kwasem. Starałem się oddychać
spokojnie, brać głębokie wdechy i wydechy, ale po chwili zaczęło mi się kręcić
w głowie. Odwróciłem się od okna i pobieżnie spojrzałem na salon.
Niski, szklany stolik był zastawiony różnymi przekąskami i napojami. W
telewizji pokazywano relacje obchodów Nowego Roku z całego świata. Oczywiście
Japonia świętowała jako jedno z ostatnich państw. Z sufitu zwieszały się
serpentyny i balony. Od kilku lat ozdabialiśmy tak mieszkanie, Shin-chan wolał
„europejskie klimaty”. Wyłączyłem telewizor, zabrałem talerz onigiri i zgasiłem
światło w pomieszczeniu.
Z chwilą gdy opuszczałem pokój, nocne niebo rozbłysło tysiącami barw. Wraz z
ogłuszającym hukiem rozległy się okrzyki tokijczyków.
Pociągając nosem usiadłem na kuchennym stołku i zabrałem się do podgryzania
onigiri. W gruncie rzeczy wcale nie miałem na nie ochoty, ale jakoś musiałem
zająć jedną rękę. Dlaczego gdzieś na dnie mojego umysłu czaiła się nadzieja, że
Shin-chan zaraz się tu pojawi i wszystko będzie jak dawniej? Widać powiedzenie,
że człowiek uczy się na błędach, nie uwzględniało mnie. Zacząłem się poważnie
zastanawiać, czy jest jeszcze ktoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać o
wszystkim co mnie dręczy.
Drugą ręką sięgnąłem do kieszeni po telefon i zacząłem przeglądać listę
kontaktów. Może kogoś uda się namówić na spotkanie?
Kuroko z Kagamim wyjechali do Stanów i podobno robią koszykarską furorę. Ale
rozmowa telefoniczna to nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. Aomine niedługo
zostanie ojcem i obecnie mieszka ze swoją dziewczyną na drugim końcu Japonii.
Ale jest tak zaabsorbowany swoją przyszłą rolą, że w końcu temat i tak zszedłby
na imię dla malucha, zdjęcia USG i wszystkie geny, jakie Daiki przekaże
potomkowi. Murasakibara mieszka gdzieś niedaleko i prowadzi cukiernię,
ale nigdy się z nim nie potrafiłem dogadać. I raczej ma mnie w dupie. Kise nie
żyje, przedawkował leki na uspokojenie. Mówili, że zawiniła jego sypiąca się
kariera modela. Natomiast Akashi siedzi z więzieniu za zabójstwo z wyjątkowym
okrucieństwem i ma zabronione widzenia. Z wieloma innymi osobami kontakt mi się
urwał, lub po prostu nie byliśmy w na tyle bliskich relacjach, by rozmawiać o
swoich problemach.
Och, świetne rozpoczęcie Nowego Roku. Nie ma to jak wrażenie, że siedzi się w
jednym, wielkim i okropnie nachalnym deja vu.
*
Otworzyłem oczy, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wrócił. Nie ruszyłem się z
ciepłego łóżka, mocniej zacisnąłem powieki. Po kilku minutach zapalił światło w
korytarzu, co nie obyło się bez obijania o półki i zrzucenia paru książek.
Stanął w progu, opierając się o framugę drzwi, widziałem jego wydłużony cień na
ścianie. Westchnął.
Chwilę później poczułem jak delikatnie zsuwa ze mnie kołdrę i wodzi palcami po
moim kręgosłupie. Starałem się, żeby nie zauważył, że nie śpię.
- Kazunari… - wyszeptał, a ja poczułem gorzkawą woń alkoholu. Coś
ścisnęło mnie za gardło. Dotykał mnie delikatnie, jakby się bojąc. Jego ciepły
oddech łaskotał mnie w kark. Chciałbym stwierdzić, że mi się to podobało, ale
jednocześnie coś we mnie aż krzyczało z wściekłości.
- Kazu-chan… Śpisz?
Nie, cholera, buduję rakietę dla ZSRR-u. Ale gdy zdrobnił moje imię poczułem
falę gorąca rozpływającą się od serca, przez całe ciało.
- Wiesz co… przepraszam.
Od zapachu alkoholu robiło mi się niedobrze. Wstrzymałem na chwilę oddech.
Ciekawe, która była godzina?
- Jestem dupkiem. A ty pierdolonym aniołem stróżem.
Cichy szelest pościeli, jakby Shin-chan układał się obok mnie. W końcu
przemogłem się i zerknąłem na niego przez ramię. Głowę miał schowaną w
ramionach i leżał tylko połową ciała na łóżku. Powoli usiadłem i pogłaskałem
zielonowłosego po głowie. Jeszcze tego nie rozgryzłem, ale moja wściekłość nie
miała nic wspólnego z nienawiścią. Nie potrafiłem przestać rozczulać się nad
Shin-chanem pogrążonym we śnie.
5.
Spojrzał na mnie z góry i prychnął.
- Nie rozśmieszaj mnie, Kazunari.
Usiadł na kanapie, otworzył książkę i pochłonęła go lektura. Ja nadal stałem w
progu pokoju, z rękami założonymi na klatce piersiowej i uporczywie wpatrywałem
się w Shintarou, licząc, że w końcu na mnie spojrzy.
- Nie wydaje mi się, bym powiedział coś śmiesznego. Możesz mi łaskawie
odpowiedzieć.
- Ale co chcesz usłyszeć?! – zirytował się, podniósł nieznacznie głos.
Wziąłem głęboki wdech.
- Pytam się jeszcze raz. Czy ty mnie zdradzasz? – Słowa ledwo przeszły mi
przez gardło i wcale nie czułem po ich wypowiedzeniu ulgi, tylko coraz większy
ciężar w sercu.
Zaczęło się niespełna miesiąc temu. Midorima wracał z praktyk wyraźnie
uradowany, co zdarzało się… nigdy. Na ogół był albo zmęczony, albo wściekły,
albo niemalże zasypiał w drzwiach. Zdziwił mnie dobry nastrój chłopaka i z
początku nie reagowałem. Potem zaczął coraz później wracać. Próbowałem z nim
pogadać, jakoś dowiedzieć się, co robił. Zawzięcie milczał, kiedy ja zaczynałem
się coraz bardziej niepokoić. Aż w końcu natknąłem się na list pozostawiony w
kuchni. Jakaś dziewczyna pisała do Shin-chana. Prosiła, żeby „przyszedł znów do
niej na noc”, że „może być spokojny, bo nikt nigdy nie dowie się o ich gorącym
romansie”…
Nie wytrzymałem, i kiedy Shin-chan znów wrócił późno spytałem prosto z mostu,
czy ma kogoś na boku.
- Boże, ty chyba masz gorączkę… - jęknął mój chłopak, odkładając książkę
na bok. – Na pewno dobrze się czujesz? Policzki masz strasznie rozpalone,
mówiłem ci, żebyś uważał wyprowadzając te psy, bo się można teraz szybko
przeziębić.
- Skończ pierdzielić mi o przeziębieniu, do cholery! – krzyknąłem, czując
ogarniającą mnie wściekłość. – Chcę jasnej odpowiedzi, tak czy nie! I dlaczego!
- Ale co ci strzeliło do głowy?! Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym cię
zdradzać?!
- I czego rżniesz debila! To co to był za list od tej Harumi?! Ile razy
już u niej byłeś?! – Głos mi się łamał, ale starałem się to zatuszować
oskarżycielskim tonem. Jeszcze chwila nie wytrzymam i się rozpłaczę.
- Jaka Harumi?!
- Taka, która cię zapraszała na nocki, i z którą wiążesz swoją
przyszłość! Dlaczego mi tutaj kłamiesz w żywe oczy?! – Uderzyłem pięścią w
ścianę. Mało brakowało, a nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa, ledwo udawało mi
się ustać.
Bałem się odpowiedzi Shin-chana, mimo że już wiedziałem jaka będzie. Nie
potrafiłbym poradzić sobie z prawdą. W mojej głowie rodziło się mnóstwo pytań,
na które tylko ja sam mógłbym odpowiedzieć. Co zrobię potem? Co zrobi on?
Jeżeli będziemy musieli się rozstać…
Myśl o rozstaniu była dla mnie na tyle przerażająca, że puściła we mnie jakaś
bariera. Wydałem z siebie cichy jęk i dwie łzy spłynęły mi po policzkach.
Nienawidziłem płakać, a już szczególnie przez to, że wyobraziłem sobie coś
wyjątkowo przykrego.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Shin-chan tuli mnie do siebie.
Wczepiłem palce w materiał jego koszuli, nie potrafiąc opanować wstrząsającego
mną szlochu.
- Bakao… - usłyszałem cichy szept.
- Spadaj! Jesteś podły! Nienawidzę cię! – wykrztusiłem. – Puszczaj mnie,
draniu! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!
Tak naprawdę chciałem go przytulić jeszcze mocniej, poczuć się
bezpiecznie.
- Kazunari, nieźle pokręciłeś… - westchnął Shin-chan, głaszcząc mnie po
głowie.
- Nic nie pokręciłem! To ty uskuteczniasz jakieś nie wiadomo co na boku!
– szarpnąłem się, jednak chłopak mocno trzymał mnie przy sobie. – Było mi od
razu powiedzieć, że wolisz piersi, to bym sobie w liceum nadziei nie robił,
debilu!
- Dasz mi cokolwiek powiedzieć?! – znów usłyszałem nutkę irytacji w jego
głosie.
- Nie, nie dam! Bo jesteś podły i głupi, i cię nie znoszę! Jak mogłeś mi
coś takiego zrobić?! – wydarłem się znowu. Nie miałem pojęcia, co mną
kierowało, czy po prostu chciałem wyrzucić z siebie wyrzucić cały lęk jaki
zebrał się we mnie, czy usilnie próbowałem zwrócić na siebie uwagę.
Wtedy Shin-chan odsunął mnie od siebie i uderzył otwartą dłonią w twarz.
Zamilkłem, wpatrując się tępo w jakiś punkt za jego plecami. Odruchowo palcami
musnąłem swój policzek. Skóra zaczęła mnie piec i czułem nieprzyjemne
pulsowanie.
On mnie właśnie…?
- Przepraszam – powiedział, zwieszając głowę. – Tak mnie uczono, że
trzeba zrobić, jeżeli ktoś wpadł w panikę i nie można go inaczej doprowadzić do
porządku. Nie chciałem tego zrobić. Mogę teraz mówić?
Kiwnąłem lekko głową. Nie byłem w stanie już nic powiedzieć, tylko od czasu do
czasu pociągałem nosem, a w kącikach oczu nabrzmiewały łzy.
- Znalazłeś list od Harumi Nasai, jak dobrze mi się wydaje. I pomyślałeś,
że cię z nią zdradzam. A czy ty wiesz, że ta Harumi, to jest moja psychofanka
jeszcze z gimnazjum? Latała na każde moje mecze, czekała aż wyjdę z szatni,
czasami udawało się jej dostać na treningi. Parę razy mało brakowało, a
włamałaby mi się przez okno. Jak poszedłem do liceum to zmieniłem numer
telefoniczny, więc myślałem, że da mi spokój – mówił spokojnie, jakby opowiadał
mi jakąś bajkę. Ból w policzku powoli ustępował i z każdym wypowiedzianym przez
Shin-chana słowem robiło mi się lżej na duszy.
- No i nie wiem skąd, ale znalazła nasz adres. Nieźle się nakręciła,
skoro posądziłeś mnie o coś tak niedorzecznego – dokończył i lekko się
uśmiechnął. – Już wszystko w porządku?
- To dlaczego wracałeś tak późno? – spytałem najciszej jak umiałem. Teraz
zaczynałem czuć palący wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie.
- Przygotowywałem się do egzaminu, więc miałem dodatkowe zajęcia,
gamoniu. Ty naprawdę myślałeś, że…
Szturchnąłem go palcem w bok.
- Wcale nie – burknąłem, czerwieniąc się gwałtownie. Jeżeli mój poziom
wstydu trzy minuty temu wynosił pięć, to teraz podskoczył do dwudziestu. Shin-chan
westchnął i objął mnie mocniej ramionami.
- Bakao…
4.
Pchałem przed sobą wózek sklepowy, cicho pogwizdując. Shin-chan kazał mi
znaleźć jakiś szampon, podczas gdy sam przeczesywał market, szukając różowego
szalika. Lucky item, Oha Asa i tego typu sprawy. Niesamowite, że
dwudziestosiedmioletni facet nadal tak przejmował się horoskopami.
Nagle moją uwagę przykuła półka z ubrankami dla małych dzieci, a konkretniej
pomarańczowo-zielone śpioszki dodatkowo upstrzone niebieskimi gwiazdkami.
Gwałtownie się zatrzymałem, wpatrując jak głupi w kiczowate wdzianko. Nawet nie
zauważyłem, jak zdjąłem je z wieszaka i wtuliłem twarz w mięciutki
materiał.
Sam nie rozumiałem co do cholery robię, po prostu… taki odruch? Zachichotałem
zaciągając się zapachem śpioszków. Pachniały już jak małe dziecko.
Ogarnąłem, że coś jest nie tak, kiedy kątem oka dostrzegłem dwie kobiety,
wyraźnie zniesmaczone i wystraszone moim zachowaniem. Ulotniły się zaraz potem.
Sam odwiesiłem szybko ubranko na wieszak i oddaliłem się z wózkiem od regałów.
Nie żebym był jakimś pedofilem. Serio. Strasznie lubiłem dzieci, jeszcze będąc
w gimnazjum uwielbiałem się zajmować moją młodszą siostrą i jej koleżankami.
Wtedy też postanowiłem, że pójdę na pedagogikę, czy coś w ten deseń. Obecnie
jeżeli ktoś ze znajomych nie chciał zostawiać swojego malucha na wieczór
samego, w pierwszej kolejności dzwonił do mnie. Według otoczenia byłem
najlepszym materiałem na niańkę albo ojca.
Szkoda, że ta druga opcja jest niewykonalna. Shin-chan twardo stał przy decyzji,
że żadnych dzieci w naszym domu nie będzie. O adopcji mogłem zapomnieć. Kilka
razy próbowałem coś ugrać z ukochanym, ale zawsze kończyło się tak samo: „Nie
ma mowy. Dzieci sprawiają tylko problemy i ciężko z ich strony o wdzięczność.”
To nie tak, że po części się z tym nie zgadzałem. To jasne, że podczas opieki
nad maleństwem nie raz i nie dwa trzeba będzie zarywać nocki, biegać po
lekarzach, przejmować się wszystkim co robi, a potem można usłyszeć „Daj mi
spokój, odwal się!”.
I to właśnie dlatego tak bardzo chciałem stać się rodzicem. Traktowałem to jako
wyzwanie i nie lada wyczyn.
Wracamy do punktu wyjścia. Dzieci nie ma i nie będzie.
- Gdzie tak lecisz? – usłyszałem za sobą. Nawet nie zauważyłem jak
minąłem się z Shin-chanem i gnałem dalej przez alejkę. Wróciłem do chłopaka.
- Nie zauważyłem cię – rzuciłem z radosnym uśmiechem, na co Shin-chan
posłał mi spojrzenie, którym jakby chciał mi przekazać: „mam prawie dwa metry
wzrostu i zielone włosy. Chłopie, CZEGO nie zauważyłeś?!”
- Aha. To masz szampon? – spytał.
- Y… no nie! – odparłem z nie mniejszą radością niż wcześniej. -
Ale widziałem urocze śpioszki, może chciałbyś…
Oj.
No to wpadłem.
Od naszej ostatniej kłótni postanowiłem, że nie będę w ogóle wspominał o
dzieciach. Szkoda psuć sobie krew na nic nie wznoszących sporach, po których
Shin-chan albo jeszcze bardziej zaczynał nienawidzić dzieci, albo strzelał
focha i ignorował mnie przez jakiś tydzień.
- Kazunari… - Poczułem na karku nieprzychylne spojrzenie Shin-chana, więc
szybko nachyliłem się do wózka, pod pretekstem sprawdzenia, czy mamy wszystko.
- Co? Jak chcesz się na mnie podrzeć, to w domu, okej? – westchnąłem,
przerzucając z prawa na lewo płatki śniadaniowe.
- Kiedy ja nie chcę się drzeć, nanodayo.
- Uhm.
Nagle poczułem, jak mój chłopak łapie mnie w pasie i wrzuca do sklepowego
wózka. Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy popchnął wózek, w którym przejechałem
całą długość alejki, drąc się jak dziki, aż w końcu uderzyłem w niewielki
stragan z owocami. Wraz z naszymi zakupami zleciałem na podłogę, po czym
musiałem się stamtąd szybko ewakuować, bo z najwyższych półek straganu zaczęły
spadać ananasy. A wizja oberwania dwu i półkilowym owocem wcale mi się nie
uśmiechała.
Kiedy udało mi się wstać, wydarłem się na cały regulator:
- SHINTAROU! CO TO, DO CHOLERY, MIAŁO BYĆ?! – Zrobiłem kilka niepewnych
kroków w kierunku Shin-chana, gdy ktoś złapał mnie za ramię.
Okazało się, że był to ochroniarz, który na szczęśliwego bynajmniej nie
wyglądał. Musieliśmy zapłacić jakieś dziesięć tysięcy jenów mandatu, za
zakłócanie spokoju, rozwalone owoce i wózek.
- I po co to miało być?! – spytałem, gdy wyszliśmy ze sklepu, taszcząc
cztery wielkie torby. Shin-chan spojrzał na mnie z góry i wzruszył ramionami.
- Żebyś się niepotrzebnie nie przejmował, nanodayo. Trochę denerwuje mnie
twoje ciągłe trajkotanie o dzieciach, ale to nie jest tak, że ci jakąś krzywdę
zrobię gdy tylko o nich usłyszę.
- Krzywdy mi niby nie zrobisz, ale w takim razie kto popchnął ten wózek?
– rzuciłem z krzywym uśmiechem.
- Nic by ci się nie stało. Skorpiony miały mieć dzisiaj szczęśliwy dzień,
mimo wielu przeciwności losu. Poza tym, miałeś ze sobą szczęśliwy przedmiot.
- Niby jaki?...
- Mnie – odparł Shin-chan i wyprostował się dumnie.
3.
Pamiętam, że była wtedy pełnia i księżyc był naprawdę ogromny. Żółtawy blask
odbijał się w morzu. Gdzieś daleko grała muzyka z dyskoteki na deptaku, cicho
brzęczały sztućce w kawiarenkach. Otwierano je dopiero pod wieczór, bo za dnia
było zbyt ciepło. Teraz znad wody wiał delikatny wiatr, w powietrzu unosił się
słonawy zapach, który tak pokochałem w ciągu jednego miesiąca.
Wyciągnąłem Shin-chana na ostatni spacer po plaży, swoiste pożegnanie z morzem.
Kupiliśmy nawet dwa ogromne lampiony, które puściliśmy z betonowego molo. Kiedy
jasne punkciki zniknęły nam z oczu poszliśmy dalej, gdzie w dzień można było
wypożyczyć sobie plastikowe leżaki. Długi pas plaży był wtedy zupełnie pusty,
co wzbudzało we mnie lekki niepokój, chociaż zupełnie bezpodstawny.
Shin-chan pociągnął mnie na piasek, zaczął rozbierać i obsypywać skórę
pocałunkami. Nie zostałem dłużny, wyręczając go przy zdejmowaniu jego ubrań,
które odrzuciłem na bok. Na pierwszym planie byliśmy tylko my, nic innego.
Nasze ciała, oddechy, rytm bicia serc- to wszystko zgrało się ze sobą.
To była nasza muzyka, którą tworzyliśmy my. My, nikt inny.
2.
Jako trzecioklasiści,
powinniśmy mieć już za sobą zorganizowanie jakiegokolwiek festynu. No i padło
na ten Walentynkowy. Nie twierdzę, że Walentynki to zło i powinno się leczyć
wszystkich, którzy je obchodzą, ale to trochę oklepany moment na organizowanie
imprez, co nie?
Poza tym, sam miałem ogromne plany właśnie na Walentynki.
Z Midorimą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Należeliśmy do pierwszego składu
drużyny koszykarskiej w naszym liceum i w ogóle spędzaliśmy razem dużo czasu.
Chyba jako jedyny widziałem jak człowiek z Pokolenia Cudów płacze, znałem wiele
jego sekretów. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem w myślach nazywać go
Shin-chanem. Parę razy wyrwało mi się te zdrobnienie w większym gronie, więc
postanowiłem obrócić wszystko w żart i Midorima stał się oficjalnie
Shin-chanem.
A potem stwierdziłem, że nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie było go w
pobliżu. Czułem się wtedy bezradny i bezużyteczny. Długo odrzucałem od siebie
tę myśl, ale w końcu musiałem sam przed sobą się przyznać – zakochałem się w
nim. Najprawdopodobniej nieodwołalnie.
I właśnie dzisiaj, w trakcie trwania festynu z okazji Walentynek chciałem mu to
wyznać. Jeszcze nie wiedziałem jak, ale z pewnością musiałem to zrobić.
*
Tłum ludzi przewijał się
przez boisko szkolne, i nic nie wskazywało na to, że zainteresowani festynem
się skończą i przestaną przychodzić. Trochę mnie to niepokoiło, bo jeżeli nadal
byłby taki tłok, to nie było mowy, bym na chwilę wyrwał się z mojego stoiska i
powiedział Shin-chanowi o moich uczuciach.
- Takao-kun, która godzina? – spytał Kotaro, zerkając mi przez ramię.
- Coś koło dwudziestej – mruknąłem, wydając resztę jakiejś dziewczynie,
która kupiła aż dziesięć biszkoptowych serduszek.
- To już niedługo! – ucieszył się Kotaro, dokładając na prowizoryczną
ladę czekoladowe misie.
- Co niedługo? – Spojrzałem na kolegę i jednocześnie trzepnąłem ręką po
głowie jakiegoś dzieciaka, który chciał podebrać z lady cukierki. Chłopiec
pokazał mi język i uciekł.
- To ty nie wiesz? Belfrzy zgodzili się na pokaz fajerwerków! Wydali
jakieś trzydzieści tysięcy jenów, będzie zajebiście! – Twarz Kotaro rozjaśnił
szeroki uśmiech.
- To super – podsumowałem, podając następnej osobie paczuszkę ze
słodkościami.
- Nie cieszysz się?
- Bardzo cieszę. – Przypomniałem sobie, że Shin-chan lubi fajerwerki.
Może to będzie odpowiedni moment…? – O której zaczynają strzelać?
- A bo ja wiem? – wzruszył ramionami. – Chyba za jakieś dziesięć minut.
- CO?! – spanikowałem. – Kotaro, przejmujesz stragan! Wracam za czas
bliżej nieokreślony! – Zdjąłem szybko z siebie różowy fartuch, który kazali mi
założyć, i rzuciłem nim w twarz kolegi. Wbiegłem w tłum gości. Kotaro coś
jeszcze za mną wołał, ale ja już tego nie słyszałem. Przepychałem się między
ludźmi, usilnie próbując sobie przypomnieć, jakie stoisko miał obstawiać
Shin-chan. Potrąciłem kogoś mocniej i miałem rzucić tylko jakieś „przepraszam”,
kiedy zauważyłem, kim jest osoba z którą się zderzyłem.
- Gdzie tak lecisz, Takao? – Shin-chan poprawił okulary na nosie swoim
sposobem, jakby chciał mi przekazać „Wiem wszystko, durniu. I tak nie
uciekniesz.” Przełknąłem nerwowo ślinę i wyjąkałem:
- O, cześć. Wiesz co, właśnie miałem do ciebie przyjść…
- Po co? – spytał, przypatrując mi się uważnie. Miałem niemiłe wrażenie,
jakby swoim wzrokiem świdrował we mnie dziurę na wylot. Co się ze mną działo,
że nie mogłem pozbierać myśli?!
- A tak sobie, pogadać… Dostałem chwilę wolnego, no to szedłem cię
odwiedzić… - wytłumaczyłem się szybko i chwyciłem go za łokieć. – Musisz iść ze
mną! Znalazłem fajny stragan, gdzie sprzedają te… no, wiesz, takie rzeczy
sprzedają! – Zamachałem drugą ręką nad głową, chcąc pokazać Shin-chanowi o co
mi chodzi, co chyba nie przyniosło większego skutku. Pociągnąłem go więc za
sobą, szukając jakiejś luki w tłumie, którą moglibyśmy dostać się na pustą
część boiska, skąd najlepiej byłoby widać fajerwerki.
Kiedy w końcu udało nam się wydostać z najbardziej zatłoczonego miejsca i
znaleźliśmy się na wolnej i cichszej przestrzeni, puściłem łokieć Shin-chana i
odetchnąłem głęboko.
- Tutaj nic nie ma, nanodayo. – stwierdził rozglądając się. – Czego ode
mnie chciałeś?
Wzruszyłem ramionami, czując falę gorąca na policzkach.
- Chciałem coś ci powiedzieć – wydusiłem, niepewnie zerkając na
zielonowłosego. Ciągle wbijał we mnie to swoje spojrzenie, od którego miałem
coraz większy mętlik w głowie.
- No to mów.
- Żeby to było takie łatwe! – odpyskowałem, zaciskając dłonie w pięści. –
Okej, jak by to… Długo nad tym myślałem, bo to co ci teraz powiem wcale nie
jest taką łatwą sprawą… To się chyba zaczęło razem z pierwszym dniem szkoły, ja
wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, albo nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale
to się jakoś tak porobiło… - tłumaczyłem mętnie, gubiąc się w tym, co chciałem
przekazać. – I wiesz, jak zacząłem cię nazywać Shin-chanem, to tak niechcący to
wyszło i musiałem potem z tego żartować, chociaż wcale nie chciałem i dlatego
dzisiaj najlepiej byłoby ci to powiedzieć… Aaaagh, nie mam pojęcia o co mi
chodzi, przepraszam!!! – Zasłoniłem twarz dłonią, czerwieniąc się jeszcze
bardziej. – Więc teraz…
- Czekaj, Takao – przerwał mi Shin-chan, a ja niepewnie odsłoniłem oczy.
– Nie jestem pewien, co konkretnie chcesz mi przekazać, ale też chciałbym cię
coś powiedzieć, dobrze?
- M-mhm. – Kiwnąłem szybko głową.
- Mógłbyś… mógłbyś na mnie nie patrzeć? – poprosił, a ja posłusznie
zamknąłem oczy. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Poczułem jego ciepły oddech
na swoim policzku.
- Mogę ci mówić po imieniu?
Nie byłem w stanie nic powiedzieć, toteż ponownie kiwnąłem głową. Miałem
nadzieję, że Shin-chan nie zauważy, jak bardzo trzęsę się z podekscytowania.
- Kazunari, kocham cię, wiesz? – wyszeptał mi do ucha. Otworzyłem szeroko
oczy i przekręciłem głowę, chcąc spojrzeć mu w twarz. I wtedy, przypadkowo,
musnąłem jego wargi swoimi. Miałem już cofnąć się i przeprosić, ale Shin-chan
przyciągnął mnie do siebie i wpił w moje usta. Poddałem się pieszczocie,
zupełnie zapominając o moim wcześniejszym zdenerwowaniu. Nawet nie drgnąłem,
gdy rozległy się wystrzały i ogłuszające huki wybuchających na niebie
fajerwerków.
Usta Shin-chana były miękkie i smakowały zieloną herbatą. Zmrużyłem powieki i
zarzuciłem chłopakowi ręce na szyję. Gdy odsunęliśmy się lekko od siebie,
spojrzałem mu w oczy.
- Co my właśnie…? – zacząłem.
- Milcz. To zostaje między nami – mruknął, spuszczając wzrok. Zauważyłem,
że na jego policzkach wykwitły urocze, czerwone rumieńce.
- Wyglądasz jak pomidor – parsknąłem śmiechem. – Od dzisiaj jesteś
Pomidorima.
- Cicho bądź.
- Albo Tsunde…
Zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem.
1.
Zakwitły wiśnie. Chyba
lubię te kwiaty. Są takie delikatne.
Obserwowałem drobne, różowe kwiatuszki targane przez burzę szalejącą za oknem.
W sali prawie nie było słychać grzmotów, jedynie ciche dudnienie dochodzące z
otworów wentylacyjnych w ścianie. Panował półmrok i miałem wrażenie, że jest
już późny wieczór, podczas gdy nie było nawet dziewiątej. Z podekscytowania nie
mogłem spać, obudziłem się bardzo wcześnie i do liceum przyszedłem w momencie,
gdy woźny dopiero otwierał budynek. Do rozpoczęcia inauguracji roku szkolnego
było jeszcze ponad pół godziny.
Szczerze, to nie mam pojęcia co mnie tak od samego rana nosiło, ale ledwo
udawało mi się usiedzieć w ławce. Czułem, że dzisiaj, pierwszego dna szkoły,
coś w moim życiu się zmieni. Byłem tego niemalże pewien.
Po pewnym czasie do klasy zaczęli schodzić się uczniowie. Przyglądałem się
każdemu po kolei, szukając tego „czegoś” w ich zachowaniu, subtelnego sygnału
potwierdzającego moje przypuszczenia o niezwykłości tego dnia.
Straciłem już zupełnie nadzieję, gdy pojawił się nauczyciel, przywitał i
otwierał dziennik, by sprawdzić listę. Wszystko wskazywało na to, że
„przeczucie” było tylko złudzeniem.
I wtedy drzwi klasy rozsunęły się, a do środka wszedł wysoki chłopak.
Najśmieszniejsze było to, że znałem jego twarz. Wielokrotnie widywałem go na
okładkach sportowych magazynów. Tymczasem skłonił się lekko do nauczyciela i
powiedział:
- Przepraszam bardzo za spóźnienie, mój dzisiejszy horoskop nie był przychylny.
Obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.
Nauczyciel spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Ależ nic się nie stało, jeszcze nawet nie zdążyłem zacząć sprawdzać
obecności. Usiądź, proszę… jak ci na imię?
- Midorima Shintarou, proszę pana.
A kiedy nauczyciel wskazywał mu miejsce, gdzie ma usiąść, napotkałem spojrzenie
Midorimy.
Skinął głową, a kąciki jego ust drgnęły w nieznacznym uśmiechu.
Hah, dawno niczego nie wstawiłam. Oto Odliczanka, moje pierwsze MidoTakaowe małe dzieło, z którego jestem niesamowicie dumna. Publikuję dopiero teraz, bo dopiero teraz mogę. Co prawda nie wygrałam tym opowiadaniem niczego, ale i tak cholernie się cieszę, że Kagami Yuuki dała mi taką pozytywną opinię. Mam nadzieję, że i Wam się spodobało.
Z ogłoszeń parafialnych, to chcę jeszcze powiedzieć, że "Yochien no Kiseki" niedługo będzie miało drugi rozdział (czytaj: wstawię jutro). Co do "Wybrańców"... Będzie to raczej krótka seryjka, nie więcej niż dziesięć rozdziałów. Potem pojawi się East-West, dość długie opowiadanie z Hetalii. Szykuję też dłuższą serię z Shingeki no Kyojin, w której pojawi się kilka moich OCków. Mam nadzieję, że większość uda mi się napisać przed końcem tego roku. Natomiast 2016 będzie rokiem systematyczności i nie pozwolę sobie na zastoje w pisaniu, o! XD