sobota, 27 lutego 2016

[KnB/MidoTaka] All the things he said.


Czasami mam wielką ochotę zapomnieć wiele rzeczy. Już nie z powodu tego, że były to żenujące i głupie sytuacje. Przeszłość ma zbyt duży wpływ na naszą teraźniejszość, obie te rzeczy są - niestety - nierozerwalnie ze sobą powiązane.
I to ich połączenie jest najbardziej bolesne. To, oraz fakt, że nie da się zmienić przeszłości na własną korzyść.

Takao rzucił ukradkowe spojrzenie na zegar stojący na kuchennym blacie. Czerwone cyfry bezlitośnie wskazywały godzinę 17:47. Czyli porę, o której Midorima powinien już wychodzić z jego mieszkania, by nie spóźnić się na autobus do siebie i wrócić o określonej godzinie. Po cichu liczył, że zielonowłosy zlekceważy rozkaz rodziców i pójdzie na późniejszy transport. Tak bardzo jeszcze chciał zatrzymać Shin-chana przy sobie chociażby na chwilę...
Niestety, Midorima również czujnie sprawdzał godzinę i w momencie, gdy jego przyjaciel chciał zaproponować kolejny kubek kakao, zebrał ze stolika swoje zeszyty i schował je do szkolnej torby
- Już idziesz? - Kazunari wygiął usta w trochę przekoloryzowaną podkówkę. Wiedział, że chłopak nie weźmie tej miny na poważnie, ale w rzeczywistości Takao naprawdę chciało się płakać.

Gdy teraz myślę o początkach naszej znajomości, to... zupełnie nie pamiętam, kiedy zaczęliśmy się ze sobą zadawać. Jeszcze w mojej głowie siedzi nasza pierwsza rozmowa- kiedy wyśmiałeś mój szczęśliwy przedmiot. Oh, potem jeszcze rozmawialiśmy po jednym z treningów, chciałeś mnie już wtedy przekonać o swoich umiejętnościach... Teraz żałuję, że nie zachowałem się inaczej.
Żal mi tych wszystkich rzeczy, których nie dostrzegłem na samym początku. Twojego wiecznego uśmiechu i beztroskiego podejścia do wielu spraw. Tego wesołego spojrzenia i pozytywnego nastawienia do ludzi. Cierpliwości przy rozmawianiu ze mną.
Teraz rozumiem już o wiele więcej. A przynajmniej wydaje mi się, że dzięki minionym sześciu miesiącom jestem mądrzejszy niż do tej pory... Ale przez to, że zrozumiałem te pół roku, coraz silniej odczuwam żal i smutek. Najbardziej winne są temu myśli, które nachodzą mnie na chwilę przed tym, gdy zasypiam. Nagle uświadamiam sobie, ile miałem możliwości, żeby zbliżyć się do ciebie. Żadnej z tych możliwości nie wybrałem, co gorsza, swoimi decyzjami tylko cię raniłem.

- Oczywiście. - odparł Midorima, szybkim ruchem zamykając torbę na suwak. - Dobrze wiesz, że nie mogę się spóźnić.
- Oh. No tak. - westchnął czarnowłosy, splatając z zakłopotaniem palce swoich dłoni i nieznacznie je wykręcając. Zawsze tak robił, kiedy intensywnie myślał nad tym, jak szybko wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji. Dlaczego Shin-chan tego nie zauważył? Tym bardziej, że Takao zachowywał się w ten sposób coraz częściej w jego obecności?
- Zrozumiałeś cokolwiek z tego, co ci tłumaczyłem? - spytał, zerkając na Takao przez ramię. Niższy chłopak wstał z uśmiechem z kanapy i powiedział:
- No jasne, Shin-chan! Z twoją pomocą, to wszystko robi się banalne... - poszedł za Midorimą do przedpokoju i szybko założył na nogi swoje trampki. - Odprowadzę cię na przystanek, dobra?
- Jasne. Beze mnie też byś to ogarnął, wystarczy tylko skupić się na lekcji, a nie bawić się moim ołówkiem... - zielonowłosy posłał Takao delikatny uśmiech, od którego temu niemalże zakręciło się w głowie.
Cholera jasna! Uśmiech Shintarou był zawsze taki miły i przepełniony ciepłem, dlatego Kazunari czuł się naprawdę wyróżniony, bo to on najczęściej widział go takiego, a uśmiech Midorimy... cóż, spokojnie można by go nazwać rzadkim zjawiskiem. Przez głowę Takao przeleciała myśl, że chciałby częściej widzieć uśmiechniętego Shin-chana.

Zastanawiam się, gdzie popełniłem nieodwracalny błąd. W którym momencie się zapomniałem i powiedziałem o kilka słów za dużo? Kiedy powinienem zachować się zupełnie inaczej, żebyś naprawdę zrozumiał, jak bardzo potrzebny mi jesteś do życia?
To wszystko jest tak cholernie skomplikowane! Potrzebuję jasnej odpowiedzi, gdzie schrzaniłem, inaczej nie będę znał mojej porażki. Może to brzmi śmiesznie, wiem. Mając tak wysokie oceny ze wszystkich przedmiotów, nie potrafię wywnioskować przyczyny. Może szukam w niewłaściwych momentach naszej przeszłości? Może nie ma przyczyny, może właśnie tak miało się to wszystko potoczyć?
Tak bardzo nie chcę teraz wierzyć w przeznaczenie. Po raz pierwszy jestem pewien, że nie zawinił los, że nie było to ukartowane w gwiazdach.

Wyszli z mieszkania Takao, nawet nie zamykając drzwi na klucz, chociaż Kazunari zawsze tego pilnie przestrzegał. Midorima zauważył ten drobny szczegół i od razu zwrócił przyjacielowi z tego powodu uwagę. Ten tylko machnął ręką z roztargnieniem i odpowiedział, że nie trzeba, bo w końcu przystanek jest blisko.
W rzeczywistości czarnowłosy okropnie przejął się tym, że Shintarou to spostrzegł. Czy to znaczyło, że mu się przygląda? Że się przejmuje takimi rzeczami? Chodziło o jego perfekcjonalizm, czy... interesował się Takao, że zapamiętywał takie drobnostki?! Na tę myśl serce Kazunariego zabiło tak gwałtownie, że chłopakowi zrobiło się gorąco. Niemożliwe...
Blok, w którym mieszkał Takao miał cztery piętra i był bez windy, więc chłopcy musieli udać się schodami. Szli w milczeniu, blisko siebie. Nie zauważyli, kiedy weszło im w nawyk chodzenie pod rękę, obejmowanie się lub nawet - ale rzadko - trzymanie się za ręce. Zazwyczaj to Takao pierwszy zaczynał, ale Midorima nigdy się nie sprzeciwiał, nawet w szkole.

Brakuje mi tego. Potrafiliśmy oglądać jakieś kiepskie seriale, a ty rozwalałeś mi się na kolanach, albo kładłeś głowę na moim ramieniu i ufnie wtulałeś w mój bok. Nigdy nie wydawało mi się to być dziwne lub nieodpowiednie, nawet przez fakt, że jesteśmy tej samej płci. Bardzo często zdarzało się, że z kimś rozmawiałem, w czasie gdy ty zachodziłeś mnie od tyłu i wpychałeś mi ręce pod koszulę od szkolnego mundurka i zaczynałeś łaskotać. Okropnie mnie to peszyło, a jednak nie złościłem się o takie incydenty. Sam nie wiem, czemu.
Gdzie się to wszystko podziało? Dlaczego przestałeś odstawiać takie drobne „numery"? Znudziło ci się? Przestałeś nawet mnie przytulać, nawet nie nazywasz mnie „Shin-chan"...
Brakuje mi tego! Wróćmy do tych wszystkich dziwactw, które były naszą codziennością! Czemu nie jestem „Shin-chanem", czemu w SMS-ach nie wysyłasz mi tych wszystkich kaomoji, tych wszystkich serduszek, kiedy śmiałeś się, że jestem „niereformowalnym tsundere"?!

Nagle Takao zatrzymał się na półpiętrze, między schodami na parter a pierwsze piętro i zaczął gorączkowo przetrząsać wszystkie swoje kieszenie w spodniach i bluzie.
- Co się stało? - usłyszał nad sobą głos Midorimy.
- Oż cholera... - jęknął. - Zapomniałem...
- Czego?
Kazunari zagryzł mocno dolną wargę, czując na twarzy niekontrolowany, gorący rumieniec. Wcale niczego nie zapomniał, nie wiedział, po co zrobił tę całą szopkę z zapominaniem.
- No, tego, wiesz. Zapomniałem, muszę się wrócić, poczekasz? - czarnowłosy wyminął zgrabnie Midorimę i przeskoczył od razu trzy stopnie na górę.
- Jas... - chciał odpowiedzieć Shintarou, ale zanim zdążył dokończyć, Takao gwałtownie się odwrócił, złapał go za ramiona i przyciągnął do siebie w taki sposób, że prawie zetknęli się czołami. Ich twarze znajdowały się niebezpiecznie blisko i Midorima momentalnie oblał się rumieńcem.

Chyba faktycznie jestem niereformowalny. I to pod każdym względem. Tamtego dnia wywróciłeś cały mój świat do góry nogami, nawet jeżeli nie miałeś tego w planach. Zresztą, o jakich planach ja mówię- wszystko zadziało się tak szybko, że nawet nie zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób. Zupełnie mnie zaskoczyłeś, chociaż sądziłem, że potrafię przewidzieć każde twoje zachowanie.
Miło się zaskoczyłem, nawet jeśli teraz te kilka sekund jest teraz w mojej pamięci czarną plamą.

- Co ty robisz...?! - wyrwało się ze ściśniętego gardła Midorimy. Patrzył ze zdezorientowaniem w szaroniebieskie tęczówki przyjaciela, szukając w nich odpowiedzi na nagły bałagan w jego myślach.
- Nie mam pojęcia. - wymamrotał Takao, uśmiechając się krzywo. - Nie chcę, żebyś już szedł.
- Przecież tylko wracam do domu, będziemy ze sobą pisać wieczorem, nie...?
- Wieczorem to ja chciałbym mieć cię w łóżku.
- Słucham?!
Kazunari wywrócił oczami i wcisnął twarz w swoje ramię. Co mu przyszło do głowy, żeby gadać takie rzeczy?

Szkoda, że nie wiesz, jak wspominanie tego wszystkiego mnie teraz boli. Mam wrażenie, że ktoś zabiera mi z każdym dniem trochę życia. Życia, w którym nie ma ciebie.

- No co, nie chcesz mieć za uke takiego ślicznego mnie? - roześmiał się głośno Takao, starając się jakoś opanować drżenie głosu
- O czym ty teraz gadasz?! - czarnowłosy żałował, że Midorima nie widzi, jak bardzo spalił cegłę. Jego czerwone policzki i uszy silnie kontrastowały z zielonymi włosami.
Kazunari wziął głęboki wdech i jeszcze bardziej pochylił się do Shintarou. Dokładnie w taki sposób, by ich usta złączyły się w delikatnym pocałunku.

Do tej pory nie rozumiem, co to wszystko miało znaczyć.
A może to się wcale nie wydarzyło? Może po prostu sobie to wszystko wyobraziłem, kiedy wieczorem nagle dostałem gorączki? W końcu, w mózgu lęgną się różne dziwne rzeczy, kiedy temperatura nagle wzrasta do 40 stopni Celsjusza... więc dlaczego nadal czuję to wszystko tak wyraźnie?

Wszystko tak naprawdę nie trwało dłużej niż piętnaście sekund.
Midorima czując delikatny nacisk na swoje usta, odruchowo rozchylił wargi. Oczy miał otwarte, bo z szoku zupełnie nie potrafił własnowolnie zareagować.
Przez chwilę wydawało mu się, że usta Takao mają słodki, karmelowy smak. Zupełnie jak te cukierki, które niedawno pochłaniał w niemal hurtowych ilościach. Jakoś impulsywnie poczuł, że chciałby jeszcze bardziej posmakować tych wszystkich nowych odczuć, jakie mu towarzyszyły.
Ten nagły pocałunek zupełnie mu się spodobał. Tak samo, jak miękkość warg Kazunariego, ich karmelowy smak i fakt, że... Shintarou od dłuższego czasu pragnął właśnie takiego obrotu spraw.

Nawet nie zauważyłem, że się w tobie zakochałem. Jakim kretynem jestem, że nie zrozumiałem tak silnego uczucia? Ile bezsennych nocy spędziłem, zastanawiając się „czy to na pewno to"? Do tej pory zdarza się, że nie mogę długo zasnąć, szukając odpowiedzi na takie pytanie. Potem jestem zły na siebie, że sam zwątpiłem w swoje uczucia.

Nagle Takao odskoczył jak oparzony na schodek wyżej, co o mało nie doprowadziło do upadku Midorimy.
- Shin-chan, bądźmy parą. Tak rozumiesz, na poważnie.
Zielonowłosy zamrugał szybko oczami, nadal nie mogąc otrząsnąć się po tym, co przed chwilą się wydarzyło. Policzki, cała twarz pulsowała mu ogromnym ciepłem, którego nie potrafił w żadne sposób kontrolować. Poprawił okulary typowym dla siebie ruchem dłoni i wbił wzrok gdzieś w ścianę obok Kazunariego.
- Cz-czemu nie...? Ja nie mam nic przeciwko, nanodayo...
Niższy chłopak uśmiechnął się szeroko i spojrzał z radością na Midorimę.
- Mam ochotę to powtórzyć. Nie sądziłem, że masz takie miłe w dotyku usta.

Też chciałem, żebyś jeszcze raz to zrobił. Przerabiam w mojej głowie ponownie tę sytuację- tym razem wzbogaconą o drugi pocałunek. Znacznie dłuższy, pełen naszego zaangażowania. Ale to miało się nigdy nie wydarzyć. Tamtego dnia w mojej głowie zniszczyła się jedna przyszłość, za to powstała jej nowa wizja- właśnie z tobą.
I wiesz co?
Ona wkrótce też runęła.

Midorima czytał w kółko tego jednego SMS-a i nic z niego nie rozumiał. Dostał tę wiadomość od Takao dokładnie dziesięć minut temu i przez ten czas przyswajał jej treść. Z nieznanych mu powodów, pojęcie tych kilkunastu słów było dla niego trudniejsze niż niektóre szkolne przedmioty. A przecież sens miały wręcz przerażająco prosty.

Mimo wszystko, tego dnia nie płakałem. Ale też nie czułem nic, poza dziwną pustką w sercu.

Po kilku próbach, Takao w końcu odebrał telefon.
- Co tam, Shin-chan? Już się za mną stęskniłeś? - rozległ się wesoły głos w słuchawce.
- Uhm, ta. Słuchaj, bo... dlaczego przysłałeś mi tego SMS-a? W sensie, mówisz serio?
- No... - chyba na chwilę się zawahał. - Naprawdę przepraszam, że to tak wyszło. To głupie z mojej strony, ja wiem, ale... nie uważasz, że nie powinniśmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy?

Nie wiem, czy coś kiedykolwiek zabolało mnie mocniej, niż to jedno zdanie. Przez cały ten czas myślałeś, że nie jestem z tobą szczery? Że udaję „kogoś, kim nie jestem"...?

- Nie mam pojęcia... - tylko tyle zielonowłosy zdołał z siebie wydusić. Coś nagle zdławiło go w gardle i nieprzyjemnie naciskało na krtań.
- Serio, przepraszam. To było naprawdę dziecinne zachowanie, to co zrobiłem... Wygląda na to, że jednak nie będziemy ze sobą chodzić. - westchnął Takao. - Ale nasza relacja na tym nie ucierpi, prawda, Shin-chan?

Co miałem odpowiedzieć? Że relacja owszem, nie ucierpiała, ale zostawiła na mnie nieznikające zmiany, przez które kilkakrotnie chciałem ze sobą skończyć...?

- Dziękuję, że to rozumiesz, Shin-chan. Do jutra!
Nie zdążył się pożegnać, Kazunari się rozłączył zanim Midorima w ogóle pomyślał, że należałoby coś odpowiedzieć.

Znów przechodzi mnie ten zimny dreszcz. Wpatruję się zupełnie bez przekonania w swój zeszyt i zastanawiam się, czy to, co przed chwilą napisałem, jest odpowiedzią na pytanie z pracy domowej, czy może własną myślą? Staram się przeczytać własne zapiski, gdy nagle na kartkę spada pojedyncza kropla. Chcę się jej pozbyć i przecieram ją ręką, ale to tylko rozmazuje tusz długopisu i zamiast zamierzonego efektu powstaje brzydka, czarna smuga.
Klnę cicho. Nigdy byś mnie nie posądził o posługiwanie się takim słownictwem, wiem...
Takao, ty skończony kretynie! Skoro przez cały miniony czas bezbłędnie potrafiłeś odgadnąć moje emocje, dlaczego nie widzisz ich teraz?! Pół roku... przez tyle czasu ani razu się nie zorientowałeś, że to, co jakimś cudem nagle roznieciłeś tego wrześniowego popołudnia nadal istnieje?!
To nadal tkwi w mojej głowie. I zawsze dopada mnie w takiej pustej chwili, pojawia się tuż przed moimi oczami, kiedy najmniej tego pragnę. Kocham cię, Kazunari.
To nadal boli.

_______
eh, no cóż. mój plan wydawniczy się poszedł pieprzyć, więc po prostu będę publikować to, co mam aktualnie napisane... ;___; 

czwartek, 3 grudnia 2015

Świętowanie 3 grudnia!


Ohayooo <3
Dzisiaj nie daję żadnego fanficka, przepraszam. Powód mojego posta jest inny~

Wiecie, co dzisiaj jest?
.
.
.
nie, nie środa.
.
.
.
3 grudnia? No trochę bliżej...
.
.
.
DOKŁADNIE! URODZINY MITOBE RINNOSUKE <3
Z tej okazji... ogłaszam Silent Party xD a poniżej bardzo mały spamik z Rinnosuke~ (-UKE! xD)








czwartek, 5 listopada 2015

[KnB] Yochien no Kiseki - rozdział 2

Kuroko strzepał ubrania z niewidocznego brudu. Okropnie się stresował, bo za chwilę miały pojawić się pierwsze dzieci. Tym samym zaczęła się długa droga opiekuna w rodzinnym domu dziecka.
 - Kuroko-kun, wszystko jest już gotowe- pani Fukuda wytarła dłonie w fartuch i uśmiechnęła się do zdenerwowanego Tetsuyi- Czy do czegoś się jeszcze przydam?
 - Nie i tak zrobiła już pani dużo. Tyle smakołyków na powitanie dzieciaków wystarczy.
W momencie gdy kończył to mówić, w całej kamienicy rozbrzmiał terkoczący dzwonek do drzwi. Potem w holu pojawiła się kobieta z wczoraj trzymając za rękę małego chłopczyka z czerwonymi włosami. Haruki pożegnała się jednak maluch nic nie mówił.
Nagle po schodach zbiegł Takao, a kiedy stanął przed Akashim wydarł się na cały regulator: „ Hej malutki!” co nie przypadło młodemu do gustu. Najpierw pociągnął nosem, by po chwili się rozpłakać. Czarnowłosy był przerażony nie na żarty jednak do akcji wkroczył Kuroko. Zabrał chłopczyka do jego nowego pokoju przy okazji mówiąc szeptem przyjacielowi by zajął się resztą.
Takao pokiwał w osłupieniu głową. Czy na pewno rozmawiali z Haruki o tym samym dziecku? Był bardziej przygotowany, że Akashi zupełnie nie zareaguje lub pokaże mu język. A tu niespodzianka.
Po kilku minutach rozległ się kolejny dzwonek. Kazunari po otwarciu drzwi zobaczył trójkę dzieci- dwie dziewczynki i ciemnoskórego chłopca.
- Dzień dobry!- przywitał się z pulchnym mężczyzną najpewniej ich opiekunem.
- Witam.- wymamrotał facet niskim głosem- Oto wychowankowie, którzy mieli zostać dzisiaj tutaj przyprowadzeni. Pan ich bierze w cholerę, muszę się spieszyć, mam jeszcze do załatwienia kilka spotkań w sprawie adopcji.- i zanim Takao zdążył cokolwiek odpowiedzieć, jegomość przepchnął dzieci przez próg i trzasnął drzwiami.
Zapanowała cisza. Nagle chłopiec podniósł rączki iż błyskiem w ciemnoniebieskim oku spytał:
- Ej, a masz ty legalne świerszczyki?
- A czy ty wiesz, że ta gazetka niespecjalnie jest przeznaczona dla dzieci w twoim wieku?- odparł czarnowłosy trochę zażenowany.
- No dobra nie było pytania- odpowiedział na to Aomine i podniósł ręce w obronnym geście.
Tym razem rozległo się pukanie do drzwi. Zdecydowania zbyt natarczywie. Kazunari ledwo zdążył cofnąć się przed rozpędzonym kawałkiem drewna na zawiasach, który huknął o ścianę. Zanim zobaczył postać, usłyszał wysoki, damski głos.
- Ojej, to pan będzie się opiekował naszymi chłopcami?- zaszczebiotała starsza pani, trzymająca za ręce dwóch chłopców- jednego blondynka, drugiego z zielonymi włosami.
- No…- wymamrotał trochę zbity z tropu Takao- Tak, będę drugim opiekunem…
- Oh jak wspaniale! Musi pan wiedzieć, że nasi wychowankowie są grzeczni jak aniołki. Nie sprawiają żadnych kłopotów i są bardzo dobrze wychowani. Szczególnie ten słodziutki Ryota!- nachyliła się z uśmiechem do blondynka.- On na przykład już umie liczyć i sam dobiera sobie ubranka!
Takao spojrzał na obu chłopców i jak zauważył obaj starali się wyrwać rączki z jej żelaznego uścisku.
- Zaraz, moment… Gdzie jest Atsushi?- kobieta rozejrzała się. Puściła dwie rączki by wyjrzeć przed drzwi- O tu jesteś! Chodź przywitaj się ze swoim nowym opiekunem.
Fioletowowłosy chłopiec spojrzał niepewnie na Kazunariego po czym bąknął cichutkie „dzień dobly” .
Zaraz za nim pojawił się bardzo szczupły mężczyzna u boku, którego stał czerwonowłosy chłopczyk. Przybysz nie powiedział nic, po prostu popchnął malucha do Takao i wyszedł.
- Dobrze dzieci ja jestem Takao Kazunari. Zapraszam was do kuchni na mały poczęstunek- powiedział czarnowłosy niepewnie patrząc po malutkich twarzyczkach.
Podopieczni bez żadnego sprzeciwu ruszyli za nim w odpowiednim kierunku. Zasiedli przy stole i zaczęli jeść. Wszystko odbywało się w grobowej ciszy. Co było dla Kazunariego niepokojące. Po chwili w pomieszczeniu zjawił się Kuroko. Przedstawił się uprzejmie, dodał parę słów na temat tego, że dzieci będą tu dobrze traktowane
- Może wy się przedstawicie? Dodajcie co lubicie, ponieważ miło by było lepiej się poznać, Od teraz będziemy swego rodzaju rodziną- powiedział Takao przyjacielskim tonem spoglądając na nich kolejno.
- To tak mnie już znacie, a lubię oglądać dobre horrory- powiedział czarnowłosy.
- Kuroko Tetsuya, lubię czytać książki, a najbardziej kryminały- przedstawił się niebieskowłosy.
Dzieci nie wydawały się być zbytnio przekonane do tego pomysłu. Jednak pojawiła się jedna łapka w górze, więc mężczyźni oddali głos właścicielowi rączki.
- Jestem Midorima Shintarou i lubię czytać horoskopy- powiedział chłopiec dumnym głosem.
- Umiesz czytać?- zainteresował się Kuroko.- No proszę. A lubisz czytać inne rzeczy?
- No jasne!- twarzyczka zielonowłosego promieniała samo zachwytem- Czytam jeszcze senniki i czasem znaczenie imion. To bardzo ważne żeby mieć szczęście! I dlatego zawsze mam ze sobą szczęśliwy przedmiot!
- Eee tam- do rozmowy włączył się Aomine.- Szczęście jest wtedy, kiedy masz CYCKI. Prawda, Satsuki?
Różowowłosa dziewczynka aż poczerwieniała z gniewu.
- Dai-chan!!!- zapiszczała tłukąc małą piąstką w  stół- Obiecałeś, że nie będziesz tak mówił! Obiecałeś! Obiecałeś!
- No i?- burknął chłopiec, dźgając widelcem szarlotkę.- Obiecałem to pani Kanabi, a nie tobie.
- To już się nigdy do ciebie nie odezwę!- krzyknęła Momoi odwracając głowę w drugą stronę.
O dziwo, zadziałało to na niepokorność Aomine, który niemalże z płaczem zerwał się do przepraszania różowowłosej.
- Przepraszam- rozległ się nieśmiały głosik Kise- Ale ja nie wiem co to są „cycki”
Takao i Kuroko patrzyli w osłupieniu na błagającego Aomine, obrażoną Momoi, dumnego jak paw Midorimę i Ryoutę  usilnie próbującego ustalić znaczenie nowego słowa. Tymczasem Aida dolewała oliwy do ognia, ciągle powtarzając „Aomine jest głupi”, natomiast Kagami i Murasakibara znosili na swoją stronę stołu większość talerzy z jedzeniem, które pochłaniali w zastraszającym tempie. Kazunari zmarszczył brwi. Kogoś mu brakowało. Przeliczył jeszcze raz dzieci i wtedy sobie przypomniał.
- Kuroko gdzie jest Akashi?- zwrócił się do przyjaciela. Niebieskowłosy odparł krótko:
- U siebie w pokoju. Poszedł spać, bo bolał go brzuch.
- Acha.
- Mam nadzieję, że nie próbowałeś witać w ten sam sposób innych dzieci?- Tetsuya spojrzał na Takao tak, że ten nieświadomie odwrócił wzrok.
- No nie.- odparł czarnowłosy skruszony.- Reakcja Akashiego była wystarczająca… Rozmawiałeś z nim?
Kuroko pokręcił głową i w ostatniej chwili złapał oparcie krzesła Aidy, która prawie poleciała z nim na podłogę.
- Nie bujaj się, bo rozwalisz sobie głowę.- zwrócił uwagę dziewczynce, po czym stwierdzając, że żadne dziecko nie zrobi sobie krzywdy, kontynuował do Kazunariego:
- Nie rozmawiałem, bo mały zbyt dużo sam nie mówił. Jak skończył płakać to spytał się, czy musi schodzić na poczęstunek, a potem to prawie od razu zasnął. Nie chciał, żebym szedł, ale jak sobie przypomniał, że ty tam jesteś, to stwierdził, że muszę cię pilnować, żebyś nikogo nie zjadł- kąciki ust Kuroko lekko się uniosły, co Takao przyjął dość niechętną miną i ironicznym śmiechem.
- Cóż wygląda na to, że jestem postrzegany jako bardzo głodny pan- westchnął żartobliwie czarnowłosy.
Nagle rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Obaj opiekunowie natychmiast przerwali rozmowę szukając wzrokiem źródła ów niepokojącego odgłosu. Okazało się, że zamieszanie spowodował Kise, któremu wypadła z rączek szklanka. Chłopiec od razu zerwał się z krzesła by pozbierać wszystkie odłamki, ale jeden kawałek wbił mu się w dłoń przebijając delikatną skórę i powodując pojawienie się krwi na ręce malucha.
- Ryota! Takich rzeczy nie zbiera się gołymi rękami. Choć ze mną musimy cię teraz opatrzyć- powiedział spokojnie Kuroko ciągnąc za sobą lekko  podenerwowanego blondyna.
-  To ty go opatrz, a ja tu sprzątnę- dodał jeszcze Takao, a już po chwili nie było śladu po rozbitym naczyniu.
Kise był bliski histerii gdy zobaczył swoją zmasakrowaną łapkę, jednak dzięki uspokajającym słowom Tetsuyi był w stanie usiedzieć w miejscu do końca zabiegu. Potem miał obandażowaną rękę, ale na szczęście nie była to zbyt głęboka rana.
Wrócili do kuchni, a tam reszta dzieci rozmawiała w najlepsze z roześmianym Kazunarim. Patrząc na ich dziecięce oblicza niebieskowłosemu wpadł do głowy pewien pomysł.
- Moi drodzy kto chciałby pójść pobawić się w parku?- spytał Kuroko głosem najbardziej ożywionym na jaki było go w tej chwili stać.
Oczywiście wszystkie dzieciaki zgodnym chórem odpowiedziały, ż bardzo chciałyby pójść. Nie odpowiedzieli tylko zbyt głośno Kagami i Murasakibara, ale to dlatego, iż w tym momencie mieli do buzi napakowane jedzonko.
- To idźcie się przebrać i wychodzimy- powiedział Takao, a wszystkie dzieci jak na komendę pobiegły do wieszaka by tylko ubrać się w ekspresowym tempie.
- Poczekaj moment. Muszę sprawdzić co z Akashim- dodał jeszcze Tetsu i szybkim krokiem skierował się schodami, w kierunku odpowiedniego pokoju.
Zapukał cicho, ale nikt mu nie odpowiedział, więc wszedł „na palcach” do pomieszczenia.
Czerwonowłosy chłopiec spał w najlepsze nie zwracając uwagi na resztę świata. Niebieskooki uspokojony poszedł jeszcze by poprosić panią Fukudę by pod ich nieobecność przypilnowała Seijuurou. Kobieta wyraziła szczere chęci podjęcia się tego zadania, więc obaj opiekunowie mogli wyjść z resztą dzieciaków na plac zabaw, który na ich szczęście znajdował się bardzo blisko ich rodzinnego domu dziecka.
Dotarcie na miejsce nie zajęło im więcej niż 10 minut.
„Opłacało się ich tutaj przyprowadzić”- pomyśleli równocześnie Kuroko i Takao. Patrząc na park Kirisan można było się wzruszyć tym naturalnym pięknem. Pełno było tam zieleni, ale oczywiście nie mniej znajdowało się tam kolorowych kwiatów. Były tutaj najróżniejsze gatunki roślin, chociaż tego można było się spodziewać po miejscu, które jest znane na całym świecie, a nie tylko w Japonii. Kiedy tylko dzieciaki ujrzały placyk pobiegły w jego stronę z takim zapałem, jakby od tego kiedy tam się znajdą zależało ich małoletnie istnienie.
Takao widząc to parsknął cicho śmiechem. Spędzili tam około 2 godziny. Na placyku nie było prawie nikogo, nie licząc oczywiście ich podopiecznych. Na szczęście obyło się bez większych  urazów. Tylko tyle, że Kagami spadł z huśtawki, jednak w brew pozorom nie płakał, ale nie wrócił już na „diabelskie narzędzie”.
Kiedy tylko przekroczyli próg domu do ich nozdrzy dotarł zapach pieczonego kurczaka. Wszystkim na tą smakowitą myśl ślinka pociekła, wliczając w to Kuroko i Takao.
Dzieci pobiegły do łazienki by umyć rączki, a już po chwili wszystkie zajmowały miejsce przy stole, czekając aż dorośli nałożą im posiłek. Tym razem w pomieszczeniu znalazło się każde dziecko bez wyjątku, w tym Akashi.
Tetsuya poprosił na słowo panią Fukudę, kiedy podopieczni zajadali mięsem i ziemniakami w sosie.
- Czy Akashi sprawiał jakieś kłopoty gdy nas nie było?- spytał Kuroko niepewnie patrząc na twarz kobiet.
- Nie ależ skąd. Nawet obiad pomógł mi zrobić, oczywiście w granicach bezpieczeństwa- odparła wesoło Fukuda, rozwiewając tym samym obawy niebieskowłosego.
Tetsu kiwnął tylko głową na znak, że rozumie. Cieszył się, iż chłopiec jeszcze nie pokazał swojej samobójczej natury. Dzieciaki zjadły już swoje porcje i teraz siedziały z błogimi uśmiechami na twarzach. Jednak zaniepokoiło go dziwne spojrzenie Takao posyłane prawie cały czas w stronę Ryoty.
Kiedy wszyscy byli już najedzeni, wliczając w to opiekunów, zostało postanowione, że dzieci pooglądają sobie bajkę w telewizji. Akurat leciał „Wilk i zając” co wszystkim przypadło do gustu. Dzieciaki oglądały tak do wieczora, aż w końcu nadeszła pora by spać. Maluchy nie były zbyt chętne by już iść jak to ujął Takao „ziuzi lulu”, ale nie miały za wiele do powiedzenia.
Po umyciu się nadszedł jeszcze czas na obchód po pokojach. Podopieczni odpowiadali coś w stylu: „Dobranoc, dzisiejszy dzień był świetny/fajny/super”. W końcu obaj dotarli pod wejście do azylu Akashiego.
Takao zapukał, a gdy rozległo się cichutkie „proszę” uchylił lekko drzwi wchodząc razem z Kuroko u boku.
Czerwonowłosy trochę się przeraził na widok Kazunariego i przysunął się bliżej ściany. Czarnowłosy przysiadł na łóżku zmniejszając trochę odległość między nimi.
- Przepraszam, że rano cię przestraszyłem naprawdę nie chciałem. Obiecuję ci, iż nie zjadłem żadnego dziecka ani nie zamierzam- powiedział Takao patrząc na Seijuurou spokojnie, acz z pewnym niepokojem.
Chłopiec patrzył na niego niepewnie, a po chwili odwrócił wzrok w stronę Kuroko szukając u niego jakiegoś potwierdzenia. Kiedy ten kiwnął przyjaźnie głową, maluch znów spojrzał na Kazunariego i wyciągnął do niego łapkę na zgodę, chociaż ciągle z małą dozą strachu.
- Dobrze to my już pójdziemy, żebyś mógł się na jutro wyspać- powiedział Kuroko i razem ze swoim przyjacielem wyszli z pokoju.
Po skończeniu obchodu opiekunowie postanowili udać się na zasłużony spoczynek. Dzisiaj jak zdążyli zauważyć te dzieci posiadały naprawdę ciekawe osobowości. Tego pierwszego dnia na pewno nie zapomną. Zastanawiali się jak dalej potoczy się ich życie w towarzystwie tych maluchów.
Dzieciaki były bardzo słodziutki i chociaż Takao i Tetsuya mieli pewne wątpliwości co do Seijuurou to w jakiś dziwny sposób udało im się dostrzec w nim wiele miłych cech, co utwierdziło ich w przekonani, że w brew pozorom fajny z niego dzieciak. 
Z takimi myślami obaj położyli się spać czekając na to co może wydarzyć się jutro.




Okej, najpierw przeproszę za to, że każdy post jest pisany inną wielkością czcionki, innymi akapitami i w ogóle, bajzel, ale... dobra, nie ma się co tłumaczyć, leń jestem i nie chce mi się wszystkiego przed wstawieniem obrabiać (szczególnie, jeśli chciałabym opublikować post jak najszybciej). Bardzo za to przepraszam! Następne posty będą już ładnie obrobione :3 Obiecuję!
...
Tak więc, oto drugi rozdział YnK! Trochę (BARDZO)  z nim zwlekałam. TZasłonię się nauką, kosmiczną ilością testów i wizyt u lekarzy, heh. Trzeci rozdział będzie wtedy, gdy... go napiszemy (bo nie wiem, czy jasno to przedstawiłam, opowiadanie nie jest w całości moje. Czuwa nad nim również Przyjaciółka :D). Czasami ciężko mi opisywać dialogi lub zachowania dzieci, żeby nie zrobić z nich stuprocentowych członków Pokolenia Cudów, bo to przecież jeszcze smarkacze X'DD I tak dobrze się bawimy, wymyślając kolejne wątki do opowiadania - a wątków uzbierało się ok. pięć i pół strony A5 :) 
Mam nadzieję, że drugi rozdział nikogo nie zawiódł! >w<
Pozdro,
M.

sobota, 10 października 2015

[KnB/MidoTaka] Odliczanka



6.


W słuchawce rozległ się gromki śmiech i kobiece piski, a zaraz potem brzęk tłuczonego szkła.
 - Shin-chan, jesteś tam jeszcze? – spytałem cicho.
 - Co? – usłyszałem. Oparłem czoło o lodowatą szybę. Nie byłem wściekły. Nawet nie zirytowany. Pogodziłem się z faktem, że dając ponieść się emocjom nic nie wskóram. A zresztą, o jakich emocjach mówimy?! O zupełnej pustce?
 - Pytam, czy nadal masz te spotkanie biznesowe.
 - Aaach, spotkanie! – w tonie jego głosu wyczułem coś na kształt obawy. – Cóż, przedłuży się trochę… Nie wiem o ile, ale wrócę do domu i jako pierwszy złożę ci życzenia, jak zawsze. Tuż po północy. – Zerknąłem kątem oka na zegarek, była za siedem dwunasta.
Uhm, Shintarou, na pewno wrócisz.
Zobaczyłem w odbiciu szyby swoją twarz, wykrzywioną w dziwnym grymasie, który początkowo miał chyba być uśmiechem. Teraz Midorimę stać było najwyżej na życzenia noworoczne, a i tak często spóźniał się z nimi dwa-trzy dni. A kiedyś… co robiliśmy kiedyś?
Siadaliśmy na brzegu fontanny znajdującej się w pobliskim parku, z domu zabieraliśmy ze sobą jakieś drobniejsze przekąski i duży termos kawy, i tam urządzaliśmy sobie małą biesiadę. Oczywiście jedzenie znikało w mgnieniu oka, żeby nie zamarzło (jak to pewnego razu zdarzyło się nam z gotowanym kalmarem). Gdy robiło się naprawdę zimno Shin-chan trzymał mnie za ręce.
Jego dłonie zawsze były takie ciepłe…
Narzekaliśmy na kilka chwil przed północą. A potem był długi, długi pocałunek w blasku fajerwerków, ich ogłuszającym huku. I siedzieliśmy tak, póki nie zaczęliśmy naprawdę marznąć. Wracaliśmy do domu i kochaliśmy się aż nie mieliśmy już zupełnie sił. I zasypialiśmy razem, nie martwiąc się o nic.
 - Och. To cudownie – rzuciłem beznamiętnie do słuchawki. – Trzymam cię za słowo.
 - No i widzisz, niepotrzebnie się stresujesz. Przecież wiesz, że…
 - Tak, Shin-chan, wiem. Musisz dużo i ciężko pracować, ale dzięki temu będziemy mogli żyć jak królowie. To nie los będzie tobą kierował, sam zdecydujesz o tym, co dalej. No i przede wszystkim trzeba przeć do przodu, świat też się rozwija a ty nie możesz stać w miejscu – przerwałem mu szybko, recytując oklepany tekst. Ile razy sam byłem nim karmiony, święcie wierząc w jego prawdziwość?
 - Ha, ha! No nie martw się, Kazunari. Jesteś już dużym chłopcem. Niedługo będę.
 - Jasne, Shin-chan. Czekam. – Rozłączyłem się szybko i schowałem telefon do kieszeni. Przymknąłem oczy, czując nagle mrowienie pod powiekami. Super, jeszcze się rozpłaczę. Zajebiście po prostu.
Szyba drżała lekko, kiedy na niebie wybuchały przedwcześnie wystrzelone fajerwerki. Zawsze gderaliśmy głośno na tych, którzy je wypuszczali przed czasem, bo przecież się marnowały.
Pierwsza i druga łza spłynęła mi po policzku. Szybko otarłem je rękawem bluzy, ale potem było ich za dużo. Ogarnęła mnie jakaś niemoc i pustka, zupełny bezwład. Jakby każda część mojego umysłu po kolei się wyłączała… Czułem jakby łzy wypalały mi skórę, jakby były jakimś żrącym kwasem. Starałem się oddychać spokojnie, brać głębokie wdechy i wydechy, ale po chwili zaczęło mi się kręcić w głowie. Odwróciłem się od okna i pobieżnie spojrzałem na salon.
Niski, szklany stolik był zastawiony różnymi przekąskami i napojami. W telewizji pokazywano relacje obchodów Nowego Roku z całego świata. Oczywiście Japonia świętowała jako jedno z ostatnich państw. Z sufitu zwieszały się serpentyny i balony. Od kilku lat ozdabialiśmy tak mieszkanie, Shin-chan wolał „europejskie klimaty”. Wyłączyłem telewizor, zabrałem talerz onigiri i zgasiłem światło w pomieszczeniu.
Z chwilą gdy opuszczałem pokój, nocne niebo rozbłysło tysiącami barw. Wraz z ogłuszającym hukiem rozległy się okrzyki tokijczyków.
Pociągając nosem usiadłem na kuchennym stołku i zabrałem się do podgryzania onigiri. W gruncie rzeczy wcale nie miałem na nie ochoty, ale jakoś musiałem zająć jedną rękę. Dlaczego gdzieś na dnie mojego umysłu czaiła się nadzieja, że Shin-chan zaraz się tu pojawi i wszystko będzie jak dawniej? Widać powiedzenie, że człowiek uczy się na błędach, nie uwzględniało mnie. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jest jeszcze ktoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać o wszystkim co mnie dręczy.
Drugą ręką sięgnąłem do kieszeni po telefon i zacząłem przeglądać listę kontaktów. Może kogoś uda się namówić na spotkanie?
Kuroko z Kagamim wyjechali do Stanów i podobno robią koszykarską furorę. Ale rozmowa telefoniczna to nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. Aomine niedługo zostanie ojcem i obecnie mieszka ze swoją dziewczyną na drugim końcu Japonii. Ale jest tak zaabsorbowany swoją przyszłą rolą, że w końcu temat i tak zszedłby na imię dla malucha, zdjęcia USG i wszystkie geny, jakie Daiki przekaże potomkowi.  Murasakibara mieszka gdzieś niedaleko i prowadzi cukiernię, ale nigdy się z nim nie potrafiłem dogadać. I raczej ma mnie w dupie. Kise nie żyje, przedawkował leki na uspokojenie. Mówili, że zawiniła jego sypiąca się kariera modela. Natomiast Akashi siedzi z więzieniu za zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem i ma zabronione widzenia. Z wieloma innymi osobami kontakt mi się urwał, lub po prostu nie byliśmy w na tyle bliskich relacjach, by rozmawiać o swoich problemach.
Och, świetne rozpoczęcie Nowego Roku. Nie ma to jak wrażenie, że siedzi się w jednym, wielkim i okropnie nachalnym deja vu.

*


Otworzyłem oczy, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wrócił. Nie ruszyłem się z ciepłego łóżka, mocniej zacisnąłem powieki. Po kilku minutach zapalił światło w korytarzu, co nie obyło się bez obijania o półki i zrzucenia paru książek. Stanął w progu, opierając się o framugę drzwi, widziałem jego wydłużony cień na ścianie. Westchnął.
Chwilę później poczułem jak delikatnie zsuwa ze mnie kołdrę i wodzi palcami po moim kręgosłupie. Starałem się, żeby nie zauważył, że nie śpię.
 - Kazunari… - wyszeptał, a ja poczułem gorzkawą woń alkoholu. Coś ścisnęło mnie za gardło. Dotykał mnie delikatnie, jakby się bojąc. Jego ciepły oddech łaskotał mnie w kark. Chciałbym stwierdzić, że mi się to podobało, ale jednocześnie coś we mnie aż krzyczało z wściekłości.
 - Kazu-chan… Śpisz?
Nie, cholera, buduję rakietę dla ZSRR-u. Ale gdy zdrobnił moje imię poczułem falę gorąca rozpływającą się od serca, przez całe ciało.
 - Wiesz co… przepraszam.
Od zapachu alkoholu robiło mi się niedobrze. Wstrzymałem na chwilę oddech. Ciekawe, która była godzina?
 - Jestem dupkiem. A ty pierdolonym aniołem stróżem.
Cichy szelest pościeli, jakby Shin-chan układał się obok mnie. W końcu przemogłem się i zerknąłem na niego przez ramię. Głowę miał schowaną w ramionach i leżał tylko połową ciała na łóżku. Powoli usiadłem i pogłaskałem zielonowłosego po głowie. Jeszcze tego nie rozgryzłem, ale moja wściekłość nie miała nic wspólnego z nienawiścią. Nie potrafiłem przestać rozczulać się nad Shin-chanem pogrążonym we śnie.

5.


Spojrzał na mnie z góry i prychnął.
 - Nie rozśmieszaj mnie, Kazunari.
Usiadł na kanapie, otworzył książkę i pochłonęła go lektura. Ja nadal stałem w progu pokoju, z rękami założonymi na klatce piersiowej i uporczywie wpatrywałem się w Shintarou, licząc, że w końcu na mnie spojrzy.
 - Nie wydaje mi się, bym powiedział coś śmiesznego. Możesz mi łaskawie odpowiedzieć.
 - Ale co chcesz usłyszeć?! – zirytował się, podniósł nieznacznie głos. Wziąłem głęboki wdech.
 - Pytam się jeszcze raz. Czy ty mnie zdradzasz? – Słowa ledwo przeszły mi przez gardło i wcale nie czułem po ich wypowiedzeniu ulgi, tylko coraz większy ciężar w sercu.
Zaczęło się niespełna miesiąc temu. Midorima wracał z praktyk wyraźnie uradowany, co zdarzało się… nigdy. Na ogół był albo zmęczony, albo wściekły, albo niemalże zasypiał w drzwiach. Zdziwił mnie dobry nastrój chłopaka i z początku nie reagowałem. Potem zaczął coraz później wracać. Próbowałem z nim pogadać, jakoś dowiedzieć się, co robił. Zawzięcie milczał, kiedy ja zaczynałem się coraz bardziej niepokoić. Aż w końcu natknąłem się na list pozostawiony w kuchni. Jakaś dziewczyna pisała do Shin-chana. Prosiła, żeby „przyszedł znów do niej na noc”, że „może być spokojny, bo nikt nigdy nie dowie się o ich gorącym romansie”…
Nie wytrzymałem, i kiedy Shin-chan znów wrócił późno spytałem prosto z mostu, czy ma kogoś na boku.
 - Boże, ty chyba masz gorączkę… - jęknął mój chłopak, odkładając książkę na bok. – Na pewno dobrze się czujesz? Policzki masz strasznie rozpalone, mówiłem ci, żebyś uważał wyprowadzając te psy, bo się można teraz szybko przeziębić.
 - Skończ pierdzielić mi o przeziębieniu, do cholery! – krzyknąłem, czując ogarniającą mnie wściekłość. – Chcę jasnej odpowiedzi, tak czy nie! I dlaczego!
 - Ale co ci strzeliło do głowy?! Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym cię zdradzać?!
 - I czego rżniesz debila! To co to był za list od tej Harumi?! Ile razy już u niej byłeś?! – Głos mi się łamał, ale starałem się to zatuszować oskarżycielskim tonem. Jeszcze chwila nie wytrzymam i się rozpłaczę.
 - Jaka Harumi?!
 - Taka, która cię zapraszała na nocki, i z którą wiążesz swoją przyszłość! Dlaczego mi tutaj kłamiesz w żywe oczy?! – Uderzyłem pięścią w ścianę. Mało brakowało, a nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa, ledwo udawało mi się ustać.
Bałem się odpowiedzi Shin-chana, mimo że już wiedziałem jaka będzie. Nie potrafiłbym poradzić sobie z prawdą. W mojej głowie rodziło się mnóstwo pytań, na które tylko ja sam mógłbym odpowiedzieć. Co zrobię potem? Co zrobi on? Jeżeli będziemy musieli się rozstać…
Myśl o rozstaniu była dla mnie na tyle przerażająca, że puściła we mnie jakaś bariera. Wydałem z siebie cichy jęk i dwie łzy spłynęły mi po policzkach. Nienawidziłem płakać, a już szczególnie przez to, że wyobraziłem sobie coś wyjątkowo przykrego.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Shin-chan tuli mnie do siebie. Wczepiłem palce w materiał jego koszuli, nie potrafiąc opanować wstrząsającego mną szlochu.
 - Bakao… - usłyszałem cichy szept.
 - Spadaj! Jesteś podły! Nienawidzę cię! – wykrztusiłem. – Puszczaj mnie, draniu! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!
Tak naprawdę chciałem go przytulić jeszcze mocniej, poczuć się bezpiecznie.
 - Kazunari, nieźle pokręciłeś… - westchnął Shin-chan, głaszcząc mnie po głowie.
 - Nic nie pokręciłem! To ty uskuteczniasz jakieś nie wiadomo co na boku! – szarpnąłem się, jednak chłopak mocno trzymał mnie przy sobie. – Było mi od razu powiedzieć, że wolisz piersi, to bym sobie w liceum nadziei nie robił, debilu!
 - Dasz mi cokolwiek powiedzieć?! – znów usłyszałem nutkę irytacji w jego głosie.
 - Nie, nie dam! Bo jesteś podły i głupi, i cię nie znoszę! Jak mogłeś mi coś takiego zrobić?! – wydarłem się znowu. Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, czy po prostu chciałem wyrzucić z siebie wyrzucić cały lęk jaki zebrał się we mnie, czy usilnie próbowałem zwrócić na siebie uwagę.
Wtedy Shin-chan odsunął mnie od siebie i uderzył otwartą dłonią w twarz. Zamilkłem, wpatrując się tępo w jakiś punkt za jego plecami. Odruchowo palcami musnąłem swój policzek. Skóra zaczęła mnie piec i czułem nieprzyjemne pulsowanie.
On mnie właśnie…?
 - Przepraszam – powiedział, zwieszając głowę. – Tak mnie uczono, że trzeba zrobić, jeżeli ktoś wpadł w panikę i nie można go inaczej doprowadzić do porządku. Nie chciałem tego zrobić. Mogę teraz mówić?
Kiwnąłem lekko głową. Nie byłem w stanie już nic powiedzieć, tylko od czasu do czasu pociągałem nosem, a w kącikach oczu nabrzmiewały łzy.
 - Znalazłeś list od Harumi Nasai, jak dobrze mi się wydaje. I pomyślałeś, że cię z nią zdradzam. A czy ty wiesz, że ta Harumi, to jest moja psychofanka jeszcze z gimnazjum? Latała na każde moje mecze, czekała aż wyjdę z szatni, czasami udawało się jej dostać na treningi. Parę razy mało brakowało, a włamałaby mi się przez okno. Jak poszedłem do liceum to zmieniłem numer telefoniczny, więc myślałem, że da mi spokój – mówił spokojnie, jakby opowiadał mi jakąś bajkę. Ból w policzku powoli ustępował i z każdym wypowiedzianym przez Shin-chana słowem robiło mi się lżej na duszy.
 - No i nie wiem skąd, ale znalazła nasz adres. Nieźle się nakręciła, skoro posądziłeś mnie o coś tak niedorzecznego – dokończył i lekko się uśmiechnął. – Już wszystko w porządku?
 - To dlaczego wracałeś tak późno? – spytałem najciszej jak umiałem. Teraz zaczynałem czuć palący wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie.
 - Przygotowywałem się do egzaminu, więc miałem dodatkowe zajęcia, gamoniu. Ty naprawdę myślałeś, że…
Szturchnąłem go palcem w bok.
 - Wcale nie – burknąłem, czerwieniąc się gwałtownie. Jeżeli mój poziom wstydu trzy minuty temu wynosił pięć, to teraz podskoczył do dwudziestu. Shin-chan westchnął i objął mnie mocniej ramionami.
 - Bakao…
4.


Pchałem przed sobą wózek sklepowy, cicho pogwizdując. Shin-chan kazał mi znaleźć jakiś szampon, podczas gdy sam przeczesywał market, szukając różowego szalika. Lucky item, Oha Asa i tego typu sprawy. Niesamowite, że dwudziestosiedmioletni facet nadal tak przejmował się horoskopami.
Nagle moją uwagę przykuła półka z ubrankami dla małych dzieci, a konkretniej pomarańczowo-zielone śpioszki dodatkowo upstrzone niebieskimi gwiazdkami. Gwałtownie się zatrzymałem, wpatrując jak głupi w kiczowate wdzianko. Nawet nie zauważyłem, jak zdjąłem je z wieszaka i wtuliłem twarz w mięciutki materiał.
Sam nie rozumiałem co do cholery robię, po prostu… taki odruch? Zachichotałem zaciągając się zapachem śpioszków. Pachniały już jak małe dziecko.
Ogarnąłem, że coś jest nie tak, kiedy kątem oka dostrzegłem dwie kobiety, wyraźnie zniesmaczone i wystraszone moim zachowaniem. Ulotniły się zaraz potem. Sam odwiesiłem szybko ubranko na wieszak i oddaliłem się z wózkiem od regałów.
Nie żebym był jakimś pedofilem. Serio. Strasznie lubiłem dzieci, jeszcze będąc w gimnazjum uwielbiałem się zajmować moją młodszą siostrą i jej koleżankami. Wtedy też postanowiłem, że pójdę na pedagogikę, czy coś w ten deseń. Obecnie jeżeli ktoś ze znajomych nie chciał zostawiać swojego malucha na wieczór samego, w pierwszej kolejności dzwonił do mnie. Według otoczenia byłem najlepszym materiałem na niańkę albo ojca.
Szkoda, że ta druga opcja jest niewykonalna. Shin-chan twardo stał przy decyzji, że żadnych dzieci w naszym domu nie będzie. O adopcji mogłem zapomnieć. Kilka razy próbowałem coś ugrać z ukochanym, ale zawsze kończyło się tak samo: „Nie ma mowy. Dzieci sprawiają tylko problemy i ciężko z ich strony o wdzięczność.” To nie tak, że po części się z tym nie zgadzałem. To jasne, że podczas opieki nad maleństwem nie raz i nie dwa trzeba będzie zarywać nocki, biegać po lekarzach, przejmować się wszystkim co robi, a potem można usłyszeć „Daj mi spokój, odwal się!”.
I to właśnie dlatego tak bardzo chciałem stać się rodzicem. Traktowałem to jako wyzwanie i nie lada wyczyn.
Wracamy do punktu wyjścia. Dzieci nie ma i nie będzie.
 - Gdzie tak lecisz? – usłyszałem za sobą. Nawet nie zauważyłem jak minąłem się z Shin-chanem i gnałem dalej przez alejkę. Wróciłem do chłopaka.
 - Nie zauważyłem cię – rzuciłem z radosnym uśmiechem, na co Shin-chan posłał mi spojrzenie, którym jakby chciał mi przekazać: „mam prawie dwa metry wzrostu i zielone włosy. Chłopie, CZEGO nie zauważyłeś?!”
 - Aha. To masz szampon? – spytał.
 - Y… no nie! – odparłem z nie mniejszą radością niż wcześniej. -
Ale widziałem urocze śpioszki, może chciałbyś…
Oj.
No to wpadłem.
Od naszej ostatniej kłótni postanowiłem, że nie będę w ogóle wspominał o dzieciach. Szkoda psuć sobie krew na nic nie wznoszących sporach, po których Shin-chan albo jeszcze bardziej zaczynał nienawidzić dzieci, albo strzelał focha i ignorował mnie przez jakiś tydzień.
 - Kazunari… - Poczułem na karku nieprzychylne spojrzenie Shin-chana, więc szybko nachyliłem się do wózka, pod pretekstem sprawdzenia, czy mamy wszystko.
 - Co? Jak chcesz się na mnie podrzeć, to w domu, okej? – westchnąłem, przerzucając z prawa na lewo płatki śniadaniowe.
 - Kiedy ja nie chcę się drzeć, nanodayo.
 - Uhm.
Nagle poczułem, jak mój chłopak łapie mnie w pasie i wrzuca do sklepowego wózka. Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy popchnął wózek, w którym przejechałem całą długość alejki, drąc się jak dziki, aż w końcu uderzyłem w niewielki stragan z owocami. Wraz z naszymi zakupami zleciałem na podłogę, po czym musiałem się stamtąd szybko ewakuować, bo z najwyższych półek straganu zaczęły spadać ananasy. A wizja oberwania dwu i półkilowym owocem wcale mi się nie uśmiechała.
Kiedy udało mi się wstać, wydarłem się na cały regulator:
 - SHINTAROU! CO TO, DO CHOLERY, MIAŁO BYĆ?! – Zrobiłem kilka niepewnych kroków w kierunku Shin-chana, gdy ktoś złapał mnie za ramię.
Okazało się, że był to ochroniarz, który na szczęśliwego bynajmniej nie wyglądał. Musieliśmy zapłacić jakieś dziesięć tysięcy jenów mandatu, za zakłócanie spokoju, rozwalone owoce i wózek.
 - I po co to miało być?! – spytałem, gdy wyszliśmy ze sklepu, taszcząc cztery wielkie torby. Shin-chan spojrzał na mnie z góry i wzruszył ramionami.
 - Żebyś się niepotrzebnie nie przejmował, nanodayo. Trochę denerwuje mnie twoje ciągłe trajkotanie o dzieciach, ale to nie jest tak, że ci jakąś krzywdę zrobię gdy tylko o nich usłyszę.
 - Krzywdy mi niby nie zrobisz, ale w takim razie kto popchnął ten wózek? – rzuciłem z krzywym uśmiechem.
 - Nic by ci się nie stało. Skorpiony miały mieć dzisiaj szczęśliwy dzień, mimo wielu przeciwności losu. Poza tym, miałeś ze sobą szczęśliwy przedmiot.
 - Niby jaki?...
 - Mnie – odparł Shin-chan i wyprostował się dumnie.

3.

Pamiętam, że była wtedy pełnia i księżyc był naprawdę ogromny. Żółtawy blask odbijał się w morzu. Gdzieś daleko grała muzyka z dyskoteki na deptaku, cicho brzęczały sztućce w kawiarenkach. Otwierano je dopiero pod wieczór, bo za dnia było zbyt ciepło. Teraz znad wody wiał delikatny wiatr, w powietrzu unosił się słonawy zapach, który tak pokochałem w ciągu jednego miesiąca.
Wyciągnąłem Shin-chana na ostatni spacer po plaży, swoiste pożegnanie z morzem. Kupiliśmy nawet dwa ogromne lampiony, które puściliśmy z betonowego molo. Kiedy jasne punkciki zniknęły nam z oczu poszliśmy dalej, gdzie w dzień można było wypożyczyć sobie plastikowe leżaki. Długi pas plaży był wtedy zupełnie pusty, co wzbudzało we mnie lekki niepokój, chociaż zupełnie bezpodstawny. 
Shin-chan pociągnął mnie na piasek, zaczął rozbierać i obsypywać skórę pocałunkami. Nie zostałem dłużny, wyręczając go przy zdejmowaniu jego ubrań, które odrzuciłem na bok. Na pierwszym planie byliśmy tylko my, nic innego. Nasze ciała, oddechy, rytm bicia serc- to wszystko zgrało się ze sobą.
To była nasza muzyka, którą tworzyliśmy my. My, nikt inny.

2.

Jako trzecioklasiści, powinniśmy mieć już za sobą zorganizowanie jakiegokolwiek festynu. No i padło na ten Walentynkowy. Nie twierdzę, że Walentynki to zło i powinno się leczyć wszystkich, którzy je obchodzą, ale to trochę oklepany moment na organizowanie imprez, co nie?
Poza tym, sam miałem ogromne plany właśnie na Walentynki.
Z Midorimą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Należeliśmy do pierwszego składu drużyny koszykarskiej w naszym liceum i w ogóle spędzaliśmy razem dużo czasu. Chyba jako jedyny widziałem jak człowiek z Pokolenia Cudów płacze, znałem wiele jego sekretów. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem w myślach nazywać go Shin-chanem. Parę razy wyrwało mi się te zdrobnienie w większym gronie, więc postanowiłem obrócić wszystko w żart i Midorima stał się oficjalnie Shin-chanem.
A potem stwierdziłem, że nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie było go w pobliżu. Czułem się wtedy bezradny i bezużyteczny. Długo odrzucałem od siebie tę myśl, ale w końcu musiałem sam przed sobą się przyznać – zakochałem się w nim. Najprawdopodobniej nieodwołalnie.
I właśnie dzisiaj, w trakcie trwania festynu z okazji Walentynek chciałem mu to wyznać. Jeszcze nie wiedziałem jak, ale z pewnością musiałem to zrobić.

*

Tłum ludzi przewijał się przez boisko szkolne, i nic nie wskazywało na to, że zainteresowani festynem się skończą i przestaną przychodzić. Trochę mnie to niepokoiło, bo jeżeli nadal byłby taki tłok, to nie było mowy, bym na chwilę wyrwał się z mojego stoiska i powiedział Shin-chanowi o moich uczuciach.
 - Takao-kun, która godzina? – spytał Kotaro, zerkając mi przez ramię.
 - Coś koło dwudziestej – mruknąłem, wydając resztę jakiejś dziewczynie, która kupiła aż dziesięć biszkoptowych serduszek.
 - To już niedługo! – ucieszył się Kotaro, dokładając na prowizoryczną ladę czekoladowe misie.
 - Co niedługo? – Spojrzałem na kolegę i jednocześnie trzepnąłem ręką po głowie jakiegoś dzieciaka, który chciał podebrać z lady cukierki. Chłopiec pokazał mi język i uciekł.
 - To ty nie wiesz? Belfrzy zgodzili się na pokaz fajerwerków! Wydali jakieś trzydzieści tysięcy jenów, będzie zajebiście! – Twarz Kotaro rozjaśnił szeroki uśmiech.
 - To super – podsumowałem, podając następnej osobie paczuszkę ze słodkościami.
 - Nie cieszysz się?
 - Bardzo cieszę. – Przypomniałem sobie, że Shin-chan lubi fajerwerki. Może to będzie odpowiedni moment…? – O której zaczynają strzelać?
 - A bo ja wiem? – wzruszył ramionami. – Chyba za jakieś dziesięć minut.
 - CO?! – spanikowałem. – Kotaro, przejmujesz stragan! Wracam za czas bliżej nieokreślony! – Zdjąłem szybko z siebie różowy fartuch, który kazali mi założyć, i rzuciłem nim w twarz kolegi. Wbiegłem w tłum gości. Kotaro coś jeszcze za mną wołał, ale ja już tego nie słyszałem. Przepychałem się między ludźmi, usilnie próbując sobie przypomnieć, jakie stoisko miał obstawiać Shin-chan. Potrąciłem kogoś mocniej i miałem rzucić tylko jakieś „przepraszam”, kiedy zauważyłem, kim jest osoba z którą się zderzyłem.
 - Gdzie tak lecisz, Takao? – Shin-chan poprawił okulary na nosie swoim sposobem, jakby chciał mi przekazać „Wiem wszystko, durniu. I tak nie uciekniesz.” Przełknąłem nerwowo ślinę i wyjąkałem:
 - O, cześć. Wiesz co, właśnie miałem do ciebie przyjść…
 - Po co? – spytał, przypatrując mi się uważnie. Miałem niemiłe wrażenie, jakby swoim wzrokiem świdrował we mnie dziurę na wylot. Co się ze mną działo, że nie mogłem pozbierać myśli?!
 - A tak sobie, pogadać… Dostałem chwilę wolnego, no to szedłem cię odwiedzić… - wytłumaczyłem się szybko i chwyciłem go za łokieć. – Musisz iść ze mną! Znalazłem fajny stragan, gdzie sprzedają te… no, wiesz, takie rzeczy sprzedają! – Zamachałem drugą ręką nad głową, chcąc pokazać Shin-chanowi o co mi chodzi, co chyba nie przyniosło większego skutku. Pociągnąłem go więc za sobą, szukając jakiejś luki w tłumie, którą moglibyśmy dostać się na pustą część boiska, skąd najlepiej byłoby widać fajerwerki.
Kiedy w końcu udało nam się wydostać z najbardziej zatłoczonego miejsca i znaleźliśmy się na wolnej i cichszej przestrzeni, puściłem łokieć Shin-chana i odetchnąłem głęboko.
 - Tutaj nic nie ma, nanodayo. – stwierdził rozglądając się. – Czego ode mnie chciałeś?
Wzruszyłem ramionami, czując falę gorąca na policzkach.
 - Chciałem coś ci powiedzieć – wydusiłem, niepewnie zerkając na zielonowłosego. Ciągle wbijał we mnie to swoje spojrzenie, od którego miałem coraz większy mętlik w głowie.
 - No to mów.
 - Żeby to było takie łatwe! – odpyskowałem, zaciskając dłonie w pięści. – Okej, jak by to… Długo nad tym myślałem, bo to co ci teraz powiem wcale nie jest taką łatwą sprawą… To się chyba zaczęło razem z pierwszym dniem szkoły, ja wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, albo nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale to się jakoś tak porobiło… - tłumaczyłem mętnie, gubiąc się w tym, co chciałem przekazać. – I wiesz, jak zacząłem cię nazywać Shin-chanem, to tak niechcący to wyszło i musiałem potem z tego żartować, chociaż wcale nie chciałem i dlatego dzisiaj najlepiej byłoby ci to powiedzieć… Aaaagh, nie mam pojęcia o co mi chodzi, przepraszam!!! – Zasłoniłem twarz dłonią, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – Więc teraz…
 - Czekaj, Takao – przerwał mi Shin-chan, a ja niepewnie odsłoniłem oczy. – Nie jestem pewien, co konkretnie chcesz mi przekazać, ale też chciałbym cię coś powiedzieć, dobrze?
 - M-mhm. – Kiwnąłem szybko głową.
 - Mógłbyś… mógłbyś na mnie nie patrzeć? – poprosił, a ja posłusznie zamknąłem oczy. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Poczułem jego ciepły oddech na swoim policzku.
 - Mogę ci mówić po imieniu?
Nie byłem w stanie nic powiedzieć, toteż ponownie kiwnąłem głową. Miałem nadzieję, że Shin-chan nie zauważy, jak bardzo trzęsę się z podekscytowania.
 - Kazunari, kocham cię, wiesz? – wyszeptał mi do ucha. Otworzyłem szeroko oczy i przekręciłem głowę, chcąc spojrzeć mu w twarz. I wtedy, przypadkowo, musnąłem jego wargi swoimi. Miałem już cofnąć się i przeprosić, ale Shin-chan przyciągnął mnie do siebie i wpił w moje usta. Poddałem się pieszczocie, zupełnie zapominając o moim wcześniejszym zdenerwowaniu. Nawet nie drgnąłem, gdy rozległy się wystrzały i ogłuszające huki wybuchających na niebie fajerwerków.
Usta Shin-chana były miękkie i smakowały zieloną herbatą. Zmrużyłem powieki i zarzuciłem chłopakowi ręce na szyję. Gdy odsunęliśmy się lekko od siebie, spojrzałem mu w oczy.
 - Co my właśnie…? – zacząłem.
 - Milcz. To zostaje między nami – mruknął, spuszczając wzrok. Zauważyłem, że na jego policzkach wykwitły urocze, czerwone rumieńce.
 - Wyglądasz jak pomidor – parsknąłem śmiechem. – Od dzisiaj jesteś Pomidorima.
 - Cicho bądź.
 - Albo Tsunde…
Zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem.

1.

Zakwitły wiśnie. Chyba lubię te kwiaty. Są takie delikatne.
Obserwowałem drobne, różowe kwiatuszki targane przez burzę szalejącą za oknem. W sali prawie nie było słychać grzmotów, jedynie ciche dudnienie dochodzące z otworów wentylacyjnych w ścianie. Panował półmrok i miałem wrażenie, że jest już późny wieczór, podczas gdy nie było nawet dziewiątej. Z podekscytowania nie mogłem spać, obudziłem się bardzo wcześnie i do liceum przyszedłem w momencie, gdy woźny dopiero otwierał budynek. Do rozpoczęcia inauguracji roku szkolnego było jeszcze ponad pół godziny.
Szczerze, to nie mam pojęcia co mnie tak od samego rana nosiło, ale ledwo udawało mi się usiedzieć w ławce. Czułem, że dzisiaj, pierwszego dna szkoły, coś w moim życiu się zmieni. Byłem tego niemalże pewien.
Po pewnym czasie do klasy zaczęli schodzić się uczniowie. Przyglądałem się każdemu po kolei, szukając tego „czegoś” w ich zachowaniu, subtelnego sygnału potwierdzającego moje przypuszczenia o niezwykłości tego dnia.
Straciłem już zupełnie nadzieję, gdy pojawił się nauczyciel, przywitał i otwierał dziennik, by sprawdzić listę. Wszystko wskazywało na to, że „przeczucie” było tylko złudzeniem.
I wtedy drzwi klasy rozsunęły się, a do środka wszedł wysoki chłopak. Najśmieszniejsze było to, że znałem jego twarz. Wielokrotnie widywałem go na okładkach sportowych magazynów. Tymczasem skłonił się lekko do nauczyciela i powiedział:
 - Przepraszam bardzo za spóźnienie, mój dzisiejszy horoskop nie był przychylny. Obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.
Nauczyciel spojrzał na niego ze zdumieniem.
 - Ależ nic się nie stało, jeszcze nawet nie zdążyłem zacząć sprawdzać obecności. Usiądź, proszę… jak ci na imię?
 - Midorima Shintarou, proszę pana.
A kiedy nauczyciel wskazywał mu miejsce, gdzie ma usiąść, napotkałem spojrzenie Midorimy.
Skinął głową, a kąciki jego ust drgnęły w nieznacznym uśmiechu.








Hah, dawno niczego nie wstawiłam. Oto Odliczanka, moje pierwsze MidoTakaowe małe dzieło, z którego jestem niesamowicie dumna. Publikuję dopiero teraz, bo dopiero teraz mogę. Co prawda nie wygrałam tym opowiadaniem niczego, ale i tak cholernie się cieszę, że Kagami Yuuki dała mi taką pozytywną opinię. Mam nadzieję, że i Wam się spodobało.
Z ogłoszeń parafialnych, to chcę jeszcze powiedzieć, że "Yochien no Kiseki" niedługo będzie miało drugi rozdział (czytaj: wstawię jutro). Co do "Wybrańców"... Będzie to raczej krótka seryjka, nie więcej niż dziesięć rozdziałów. Potem pojawi się East-West, dość długie opowiadanie z Hetalii. Szykuję też dłuższą serię z Shingeki no Kyojin, w której pojawi się kilka moich OCków. Mam nadzieję, że większość uda mi się napisać przed końcem tego roku. Natomiast 2016 będzie rokiem systematyczności i nie pozwolę sobie na zastoje w pisaniu, o! XD