sobota, 10 października 2015

[KnB/MidoTaka] Odliczanka



6.


W słuchawce rozległ się gromki śmiech i kobiece piski, a zaraz potem brzęk tłuczonego szkła.
 - Shin-chan, jesteś tam jeszcze? – spytałem cicho.
 - Co? – usłyszałem. Oparłem czoło o lodowatą szybę. Nie byłem wściekły. Nawet nie zirytowany. Pogodziłem się z faktem, że dając ponieść się emocjom nic nie wskóram. A zresztą, o jakich emocjach mówimy?! O zupełnej pustce?
 - Pytam, czy nadal masz te spotkanie biznesowe.
 - Aaach, spotkanie! – w tonie jego głosu wyczułem coś na kształt obawy. – Cóż, przedłuży się trochę… Nie wiem o ile, ale wrócę do domu i jako pierwszy złożę ci życzenia, jak zawsze. Tuż po północy. – Zerknąłem kątem oka na zegarek, była za siedem dwunasta.
Uhm, Shintarou, na pewno wrócisz.
Zobaczyłem w odbiciu szyby swoją twarz, wykrzywioną w dziwnym grymasie, który początkowo miał chyba być uśmiechem. Teraz Midorimę stać było najwyżej na życzenia noworoczne, a i tak często spóźniał się z nimi dwa-trzy dni. A kiedyś… co robiliśmy kiedyś?
Siadaliśmy na brzegu fontanny znajdującej się w pobliskim parku, z domu zabieraliśmy ze sobą jakieś drobniejsze przekąski i duży termos kawy, i tam urządzaliśmy sobie małą biesiadę. Oczywiście jedzenie znikało w mgnieniu oka, żeby nie zamarzło (jak to pewnego razu zdarzyło się nam z gotowanym kalmarem). Gdy robiło się naprawdę zimno Shin-chan trzymał mnie za ręce.
Jego dłonie zawsze były takie ciepłe…
Narzekaliśmy na kilka chwil przed północą. A potem był długi, długi pocałunek w blasku fajerwerków, ich ogłuszającym huku. I siedzieliśmy tak, póki nie zaczęliśmy naprawdę marznąć. Wracaliśmy do domu i kochaliśmy się aż nie mieliśmy już zupełnie sił. I zasypialiśmy razem, nie martwiąc się o nic.
 - Och. To cudownie – rzuciłem beznamiętnie do słuchawki. – Trzymam cię za słowo.
 - No i widzisz, niepotrzebnie się stresujesz. Przecież wiesz, że…
 - Tak, Shin-chan, wiem. Musisz dużo i ciężko pracować, ale dzięki temu będziemy mogli żyć jak królowie. To nie los będzie tobą kierował, sam zdecydujesz o tym, co dalej. No i przede wszystkim trzeba przeć do przodu, świat też się rozwija a ty nie możesz stać w miejscu – przerwałem mu szybko, recytując oklepany tekst. Ile razy sam byłem nim karmiony, święcie wierząc w jego prawdziwość?
 - Ha, ha! No nie martw się, Kazunari. Jesteś już dużym chłopcem. Niedługo będę.
 - Jasne, Shin-chan. Czekam. – Rozłączyłem się szybko i schowałem telefon do kieszeni. Przymknąłem oczy, czując nagle mrowienie pod powiekami. Super, jeszcze się rozpłaczę. Zajebiście po prostu.
Szyba drżała lekko, kiedy na niebie wybuchały przedwcześnie wystrzelone fajerwerki. Zawsze gderaliśmy głośno na tych, którzy je wypuszczali przed czasem, bo przecież się marnowały.
Pierwsza i druga łza spłynęła mi po policzku. Szybko otarłem je rękawem bluzy, ale potem było ich za dużo. Ogarnęła mnie jakaś niemoc i pustka, zupełny bezwład. Jakby każda część mojego umysłu po kolei się wyłączała… Czułem jakby łzy wypalały mi skórę, jakby były jakimś żrącym kwasem. Starałem się oddychać spokojnie, brać głębokie wdechy i wydechy, ale po chwili zaczęło mi się kręcić w głowie. Odwróciłem się od okna i pobieżnie spojrzałem na salon.
Niski, szklany stolik był zastawiony różnymi przekąskami i napojami. W telewizji pokazywano relacje obchodów Nowego Roku z całego świata. Oczywiście Japonia świętowała jako jedno z ostatnich państw. Z sufitu zwieszały się serpentyny i balony. Od kilku lat ozdabialiśmy tak mieszkanie, Shin-chan wolał „europejskie klimaty”. Wyłączyłem telewizor, zabrałem talerz onigiri i zgasiłem światło w pomieszczeniu.
Z chwilą gdy opuszczałem pokój, nocne niebo rozbłysło tysiącami barw. Wraz z ogłuszającym hukiem rozległy się okrzyki tokijczyków.
Pociągając nosem usiadłem na kuchennym stołku i zabrałem się do podgryzania onigiri. W gruncie rzeczy wcale nie miałem na nie ochoty, ale jakoś musiałem zająć jedną rękę. Dlaczego gdzieś na dnie mojego umysłu czaiła się nadzieja, że Shin-chan zaraz się tu pojawi i wszystko będzie jak dawniej? Widać powiedzenie, że człowiek uczy się na błędach, nie uwzględniało mnie. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jest jeszcze ktoś, z kim mógłbym szczerze porozmawiać o wszystkim co mnie dręczy.
Drugą ręką sięgnąłem do kieszeni po telefon i zacząłem przeglądać listę kontaktów. Może kogoś uda się namówić na spotkanie?
Kuroko z Kagamim wyjechali do Stanów i podobno robią koszykarską furorę. Ale rozmowa telefoniczna to nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. Aomine niedługo zostanie ojcem i obecnie mieszka ze swoją dziewczyną na drugim końcu Japonii. Ale jest tak zaabsorbowany swoją przyszłą rolą, że w końcu temat i tak zszedłby na imię dla malucha, zdjęcia USG i wszystkie geny, jakie Daiki przekaże potomkowi.  Murasakibara mieszka gdzieś niedaleko i prowadzi cukiernię, ale nigdy się z nim nie potrafiłem dogadać. I raczej ma mnie w dupie. Kise nie żyje, przedawkował leki na uspokojenie. Mówili, że zawiniła jego sypiąca się kariera modela. Natomiast Akashi siedzi z więzieniu za zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem i ma zabronione widzenia. Z wieloma innymi osobami kontakt mi się urwał, lub po prostu nie byliśmy w na tyle bliskich relacjach, by rozmawiać o swoich problemach.
Och, świetne rozpoczęcie Nowego Roku. Nie ma to jak wrażenie, że siedzi się w jednym, wielkim i okropnie nachalnym deja vu.

*


Otworzyłem oczy, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wrócił. Nie ruszyłem się z ciepłego łóżka, mocniej zacisnąłem powieki. Po kilku minutach zapalił światło w korytarzu, co nie obyło się bez obijania o półki i zrzucenia paru książek. Stanął w progu, opierając się o framugę drzwi, widziałem jego wydłużony cień na ścianie. Westchnął.
Chwilę później poczułem jak delikatnie zsuwa ze mnie kołdrę i wodzi palcami po moim kręgosłupie. Starałem się, żeby nie zauważył, że nie śpię.
 - Kazunari… - wyszeptał, a ja poczułem gorzkawą woń alkoholu. Coś ścisnęło mnie za gardło. Dotykał mnie delikatnie, jakby się bojąc. Jego ciepły oddech łaskotał mnie w kark. Chciałbym stwierdzić, że mi się to podobało, ale jednocześnie coś we mnie aż krzyczało z wściekłości.
 - Kazu-chan… Śpisz?
Nie, cholera, buduję rakietę dla ZSRR-u. Ale gdy zdrobnił moje imię poczułem falę gorąca rozpływającą się od serca, przez całe ciało.
 - Wiesz co… przepraszam.
Od zapachu alkoholu robiło mi się niedobrze. Wstrzymałem na chwilę oddech. Ciekawe, która była godzina?
 - Jestem dupkiem. A ty pierdolonym aniołem stróżem.
Cichy szelest pościeli, jakby Shin-chan układał się obok mnie. W końcu przemogłem się i zerknąłem na niego przez ramię. Głowę miał schowaną w ramionach i leżał tylko połową ciała na łóżku. Powoli usiadłem i pogłaskałem zielonowłosego po głowie. Jeszcze tego nie rozgryzłem, ale moja wściekłość nie miała nic wspólnego z nienawiścią. Nie potrafiłem przestać rozczulać się nad Shin-chanem pogrążonym we śnie.

5.


Spojrzał na mnie z góry i prychnął.
 - Nie rozśmieszaj mnie, Kazunari.
Usiadł na kanapie, otworzył książkę i pochłonęła go lektura. Ja nadal stałem w progu pokoju, z rękami założonymi na klatce piersiowej i uporczywie wpatrywałem się w Shintarou, licząc, że w końcu na mnie spojrzy.
 - Nie wydaje mi się, bym powiedział coś śmiesznego. Możesz mi łaskawie odpowiedzieć.
 - Ale co chcesz usłyszeć?! – zirytował się, podniósł nieznacznie głos. Wziąłem głęboki wdech.
 - Pytam się jeszcze raz. Czy ty mnie zdradzasz? – Słowa ledwo przeszły mi przez gardło i wcale nie czułem po ich wypowiedzeniu ulgi, tylko coraz większy ciężar w sercu.
Zaczęło się niespełna miesiąc temu. Midorima wracał z praktyk wyraźnie uradowany, co zdarzało się… nigdy. Na ogół był albo zmęczony, albo wściekły, albo niemalże zasypiał w drzwiach. Zdziwił mnie dobry nastrój chłopaka i z początku nie reagowałem. Potem zaczął coraz później wracać. Próbowałem z nim pogadać, jakoś dowiedzieć się, co robił. Zawzięcie milczał, kiedy ja zaczynałem się coraz bardziej niepokoić. Aż w końcu natknąłem się na list pozostawiony w kuchni. Jakaś dziewczyna pisała do Shin-chana. Prosiła, żeby „przyszedł znów do niej na noc”, że „może być spokojny, bo nikt nigdy nie dowie się o ich gorącym romansie”…
Nie wytrzymałem, i kiedy Shin-chan znów wrócił późno spytałem prosto z mostu, czy ma kogoś na boku.
 - Boże, ty chyba masz gorączkę… - jęknął mój chłopak, odkładając książkę na bok. – Na pewno dobrze się czujesz? Policzki masz strasznie rozpalone, mówiłem ci, żebyś uważał wyprowadzając te psy, bo się można teraz szybko przeziębić.
 - Skończ pierdzielić mi o przeziębieniu, do cholery! – krzyknąłem, czując ogarniającą mnie wściekłość. – Chcę jasnej odpowiedzi, tak czy nie! I dlaczego!
 - Ale co ci strzeliło do głowy?! Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym cię zdradzać?!
 - I czego rżniesz debila! To co to był za list od tej Harumi?! Ile razy już u niej byłeś?! – Głos mi się łamał, ale starałem się to zatuszować oskarżycielskim tonem. Jeszcze chwila nie wytrzymam i się rozpłaczę.
 - Jaka Harumi?!
 - Taka, która cię zapraszała na nocki, i z którą wiążesz swoją przyszłość! Dlaczego mi tutaj kłamiesz w żywe oczy?! – Uderzyłem pięścią w ścianę. Mało brakowało, a nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa, ledwo udawało mi się ustać.
Bałem się odpowiedzi Shin-chana, mimo że już wiedziałem jaka będzie. Nie potrafiłbym poradzić sobie z prawdą. W mojej głowie rodziło się mnóstwo pytań, na które tylko ja sam mógłbym odpowiedzieć. Co zrobię potem? Co zrobi on? Jeżeli będziemy musieli się rozstać…
Myśl o rozstaniu była dla mnie na tyle przerażająca, że puściła we mnie jakaś bariera. Wydałem z siebie cichy jęk i dwie łzy spłynęły mi po policzkach. Nienawidziłem płakać, a już szczególnie przez to, że wyobraziłem sobie coś wyjątkowo przykrego.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Shin-chan tuli mnie do siebie. Wczepiłem palce w materiał jego koszuli, nie potrafiąc opanować wstrząsającego mną szlochu.
 - Bakao… - usłyszałem cichy szept.
 - Spadaj! Jesteś podły! Nienawidzę cię! – wykrztusiłem. – Puszczaj mnie, draniu! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!
Tak naprawdę chciałem go przytulić jeszcze mocniej, poczuć się bezpiecznie.
 - Kazunari, nieźle pokręciłeś… - westchnął Shin-chan, głaszcząc mnie po głowie.
 - Nic nie pokręciłem! To ty uskuteczniasz jakieś nie wiadomo co na boku! – szarpnąłem się, jednak chłopak mocno trzymał mnie przy sobie. – Było mi od razu powiedzieć, że wolisz piersi, to bym sobie w liceum nadziei nie robił, debilu!
 - Dasz mi cokolwiek powiedzieć?! – znów usłyszałem nutkę irytacji w jego głosie.
 - Nie, nie dam! Bo jesteś podły i głupi, i cię nie znoszę! Jak mogłeś mi coś takiego zrobić?! – wydarłem się znowu. Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, czy po prostu chciałem wyrzucić z siebie wyrzucić cały lęk jaki zebrał się we mnie, czy usilnie próbowałem zwrócić na siebie uwagę.
Wtedy Shin-chan odsunął mnie od siebie i uderzył otwartą dłonią w twarz. Zamilkłem, wpatrując się tępo w jakiś punkt za jego plecami. Odruchowo palcami musnąłem swój policzek. Skóra zaczęła mnie piec i czułem nieprzyjemne pulsowanie.
On mnie właśnie…?
 - Przepraszam – powiedział, zwieszając głowę. – Tak mnie uczono, że trzeba zrobić, jeżeli ktoś wpadł w panikę i nie można go inaczej doprowadzić do porządku. Nie chciałem tego zrobić. Mogę teraz mówić?
Kiwnąłem lekko głową. Nie byłem w stanie już nic powiedzieć, tylko od czasu do czasu pociągałem nosem, a w kącikach oczu nabrzmiewały łzy.
 - Znalazłeś list od Harumi Nasai, jak dobrze mi się wydaje. I pomyślałeś, że cię z nią zdradzam. A czy ty wiesz, że ta Harumi, to jest moja psychofanka jeszcze z gimnazjum? Latała na każde moje mecze, czekała aż wyjdę z szatni, czasami udawało się jej dostać na treningi. Parę razy mało brakowało, a włamałaby mi się przez okno. Jak poszedłem do liceum to zmieniłem numer telefoniczny, więc myślałem, że da mi spokój – mówił spokojnie, jakby opowiadał mi jakąś bajkę. Ból w policzku powoli ustępował i z każdym wypowiedzianym przez Shin-chana słowem robiło mi się lżej na duszy.
 - No i nie wiem skąd, ale znalazła nasz adres. Nieźle się nakręciła, skoro posądziłeś mnie o coś tak niedorzecznego – dokończył i lekko się uśmiechnął. – Już wszystko w porządku?
 - To dlaczego wracałeś tak późno? – spytałem najciszej jak umiałem. Teraz zaczynałem czuć palący wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie.
 - Przygotowywałem się do egzaminu, więc miałem dodatkowe zajęcia, gamoniu. Ty naprawdę myślałeś, że…
Szturchnąłem go palcem w bok.
 - Wcale nie – burknąłem, czerwieniąc się gwałtownie. Jeżeli mój poziom wstydu trzy minuty temu wynosił pięć, to teraz podskoczył do dwudziestu. Shin-chan westchnął i objął mnie mocniej ramionami.
 - Bakao…
4.


Pchałem przed sobą wózek sklepowy, cicho pogwizdując. Shin-chan kazał mi znaleźć jakiś szampon, podczas gdy sam przeczesywał market, szukając różowego szalika. Lucky item, Oha Asa i tego typu sprawy. Niesamowite, że dwudziestosiedmioletni facet nadal tak przejmował się horoskopami.
Nagle moją uwagę przykuła półka z ubrankami dla małych dzieci, a konkretniej pomarańczowo-zielone śpioszki dodatkowo upstrzone niebieskimi gwiazdkami. Gwałtownie się zatrzymałem, wpatrując jak głupi w kiczowate wdzianko. Nawet nie zauważyłem, jak zdjąłem je z wieszaka i wtuliłem twarz w mięciutki materiał.
Sam nie rozumiałem co do cholery robię, po prostu… taki odruch? Zachichotałem zaciągając się zapachem śpioszków. Pachniały już jak małe dziecko.
Ogarnąłem, że coś jest nie tak, kiedy kątem oka dostrzegłem dwie kobiety, wyraźnie zniesmaczone i wystraszone moim zachowaniem. Ulotniły się zaraz potem. Sam odwiesiłem szybko ubranko na wieszak i oddaliłem się z wózkiem od regałów.
Nie żebym był jakimś pedofilem. Serio. Strasznie lubiłem dzieci, jeszcze będąc w gimnazjum uwielbiałem się zajmować moją młodszą siostrą i jej koleżankami. Wtedy też postanowiłem, że pójdę na pedagogikę, czy coś w ten deseń. Obecnie jeżeli ktoś ze znajomych nie chciał zostawiać swojego malucha na wieczór samego, w pierwszej kolejności dzwonił do mnie. Według otoczenia byłem najlepszym materiałem na niańkę albo ojca.
Szkoda, że ta druga opcja jest niewykonalna. Shin-chan twardo stał przy decyzji, że żadnych dzieci w naszym domu nie będzie. O adopcji mogłem zapomnieć. Kilka razy próbowałem coś ugrać z ukochanym, ale zawsze kończyło się tak samo: „Nie ma mowy. Dzieci sprawiają tylko problemy i ciężko z ich strony o wdzięczność.” To nie tak, że po części się z tym nie zgadzałem. To jasne, że podczas opieki nad maleństwem nie raz i nie dwa trzeba będzie zarywać nocki, biegać po lekarzach, przejmować się wszystkim co robi, a potem można usłyszeć „Daj mi spokój, odwal się!”.
I to właśnie dlatego tak bardzo chciałem stać się rodzicem. Traktowałem to jako wyzwanie i nie lada wyczyn.
Wracamy do punktu wyjścia. Dzieci nie ma i nie będzie.
 - Gdzie tak lecisz? – usłyszałem za sobą. Nawet nie zauważyłem jak minąłem się z Shin-chanem i gnałem dalej przez alejkę. Wróciłem do chłopaka.
 - Nie zauważyłem cię – rzuciłem z radosnym uśmiechem, na co Shin-chan posłał mi spojrzenie, którym jakby chciał mi przekazać: „mam prawie dwa metry wzrostu i zielone włosy. Chłopie, CZEGO nie zauważyłeś?!”
 - Aha. To masz szampon? – spytał.
 - Y… no nie! – odparłem z nie mniejszą radością niż wcześniej. -
Ale widziałem urocze śpioszki, może chciałbyś…
Oj.
No to wpadłem.
Od naszej ostatniej kłótni postanowiłem, że nie będę w ogóle wspominał o dzieciach. Szkoda psuć sobie krew na nic nie wznoszących sporach, po których Shin-chan albo jeszcze bardziej zaczynał nienawidzić dzieci, albo strzelał focha i ignorował mnie przez jakiś tydzień.
 - Kazunari… - Poczułem na karku nieprzychylne spojrzenie Shin-chana, więc szybko nachyliłem się do wózka, pod pretekstem sprawdzenia, czy mamy wszystko.
 - Co? Jak chcesz się na mnie podrzeć, to w domu, okej? – westchnąłem, przerzucając z prawa na lewo płatki śniadaniowe.
 - Kiedy ja nie chcę się drzeć, nanodayo.
 - Uhm.
Nagle poczułem, jak mój chłopak łapie mnie w pasie i wrzuca do sklepowego wózka. Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy popchnął wózek, w którym przejechałem całą długość alejki, drąc się jak dziki, aż w końcu uderzyłem w niewielki stragan z owocami. Wraz z naszymi zakupami zleciałem na podłogę, po czym musiałem się stamtąd szybko ewakuować, bo z najwyższych półek straganu zaczęły spadać ananasy. A wizja oberwania dwu i półkilowym owocem wcale mi się nie uśmiechała.
Kiedy udało mi się wstać, wydarłem się na cały regulator:
 - SHINTAROU! CO TO, DO CHOLERY, MIAŁO BYĆ?! – Zrobiłem kilka niepewnych kroków w kierunku Shin-chana, gdy ktoś złapał mnie za ramię.
Okazało się, że był to ochroniarz, który na szczęśliwego bynajmniej nie wyglądał. Musieliśmy zapłacić jakieś dziesięć tysięcy jenów mandatu, za zakłócanie spokoju, rozwalone owoce i wózek.
 - I po co to miało być?! – spytałem, gdy wyszliśmy ze sklepu, taszcząc cztery wielkie torby. Shin-chan spojrzał na mnie z góry i wzruszył ramionami.
 - Żebyś się niepotrzebnie nie przejmował, nanodayo. Trochę denerwuje mnie twoje ciągłe trajkotanie o dzieciach, ale to nie jest tak, że ci jakąś krzywdę zrobię gdy tylko o nich usłyszę.
 - Krzywdy mi niby nie zrobisz, ale w takim razie kto popchnął ten wózek? – rzuciłem z krzywym uśmiechem.
 - Nic by ci się nie stało. Skorpiony miały mieć dzisiaj szczęśliwy dzień, mimo wielu przeciwności losu. Poza tym, miałeś ze sobą szczęśliwy przedmiot.
 - Niby jaki?...
 - Mnie – odparł Shin-chan i wyprostował się dumnie.

3.

Pamiętam, że była wtedy pełnia i księżyc był naprawdę ogromny. Żółtawy blask odbijał się w morzu. Gdzieś daleko grała muzyka z dyskoteki na deptaku, cicho brzęczały sztućce w kawiarenkach. Otwierano je dopiero pod wieczór, bo za dnia było zbyt ciepło. Teraz znad wody wiał delikatny wiatr, w powietrzu unosił się słonawy zapach, który tak pokochałem w ciągu jednego miesiąca.
Wyciągnąłem Shin-chana na ostatni spacer po plaży, swoiste pożegnanie z morzem. Kupiliśmy nawet dwa ogromne lampiony, które puściliśmy z betonowego molo. Kiedy jasne punkciki zniknęły nam z oczu poszliśmy dalej, gdzie w dzień można było wypożyczyć sobie plastikowe leżaki. Długi pas plaży był wtedy zupełnie pusty, co wzbudzało we mnie lekki niepokój, chociaż zupełnie bezpodstawny. 
Shin-chan pociągnął mnie na piasek, zaczął rozbierać i obsypywać skórę pocałunkami. Nie zostałem dłużny, wyręczając go przy zdejmowaniu jego ubrań, które odrzuciłem na bok. Na pierwszym planie byliśmy tylko my, nic innego. Nasze ciała, oddechy, rytm bicia serc- to wszystko zgrało się ze sobą.
To była nasza muzyka, którą tworzyliśmy my. My, nikt inny.

2.

Jako trzecioklasiści, powinniśmy mieć już za sobą zorganizowanie jakiegokolwiek festynu. No i padło na ten Walentynkowy. Nie twierdzę, że Walentynki to zło i powinno się leczyć wszystkich, którzy je obchodzą, ale to trochę oklepany moment na organizowanie imprez, co nie?
Poza tym, sam miałem ogromne plany właśnie na Walentynki.
Z Midorimą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Należeliśmy do pierwszego składu drużyny koszykarskiej w naszym liceum i w ogóle spędzaliśmy razem dużo czasu. Chyba jako jedyny widziałem jak człowiek z Pokolenia Cudów płacze, znałem wiele jego sekretów. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem w myślach nazywać go Shin-chanem. Parę razy wyrwało mi się te zdrobnienie w większym gronie, więc postanowiłem obrócić wszystko w żart i Midorima stał się oficjalnie Shin-chanem.
A potem stwierdziłem, że nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie było go w pobliżu. Czułem się wtedy bezradny i bezużyteczny. Długo odrzucałem od siebie tę myśl, ale w końcu musiałem sam przed sobą się przyznać – zakochałem się w nim. Najprawdopodobniej nieodwołalnie.
I właśnie dzisiaj, w trakcie trwania festynu z okazji Walentynek chciałem mu to wyznać. Jeszcze nie wiedziałem jak, ale z pewnością musiałem to zrobić.

*

Tłum ludzi przewijał się przez boisko szkolne, i nic nie wskazywało na to, że zainteresowani festynem się skończą i przestaną przychodzić. Trochę mnie to niepokoiło, bo jeżeli nadal byłby taki tłok, to nie było mowy, bym na chwilę wyrwał się z mojego stoiska i powiedział Shin-chanowi o moich uczuciach.
 - Takao-kun, która godzina? – spytał Kotaro, zerkając mi przez ramię.
 - Coś koło dwudziestej – mruknąłem, wydając resztę jakiejś dziewczynie, która kupiła aż dziesięć biszkoptowych serduszek.
 - To już niedługo! – ucieszył się Kotaro, dokładając na prowizoryczną ladę czekoladowe misie.
 - Co niedługo? – Spojrzałem na kolegę i jednocześnie trzepnąłem ręką po głowie jakiegoś dzieciaka, który chciał podebrać z lady cukierki. Chłopiec pokazał mi język i uciekł.
 - To ty nie wiesz? Belfrzy zgodzili się na pokaz fajerwerków! Wydali jakieś trzydzieści tysięcy jenów, będzie zajebiście! – Twarz Kotaro rozjaśnił szeroki uśmiech.
 - To super – podsumowałem, podając następnej osobie paczuszkę ze słodkościami.
 - Nie cieszysz się?
 - Bardzo cieszę. – Przypomniałem sobie, że Shin-chan lubi fajerwerki. Może to będzie odpowiedni moment…? – O której zaczynają strzelać?
 - A bo ja wiem? – wzruszył ramionami. – Chyba za jakieś dziesięć minut.
 - CO?! – spanikowałem. – Kotaro, przejmujesz stragan! Wracam za czas bliżej nieokreślony! – Zdjąłem szybko z siebie różowy fartuch, który kazali mi założyć, i rzuciłem nim w twarz kolegi. Wbiegłem w tłum gości. Kotaro coś jeszcze za mną wołał, ale ja już tego nie słyszałem. Przepychałem się między ludźmi, usilnie próbując sobie przypomnieć, jakie stoisko miał obstawiać Shin-chan. Potrąciłem kogoś mocniej i miałem rzucić tylko jakieś „przepraszam”, kiedy zauważyłem, kim jest osoba z którą się zderzyłem.
 - Gdzie tak lecisz, Takao? – Shin-chan poprawił okulary na nosie swoim sposobem, jakby chciał mi przekazać „Wiem wszystko, durniu. I tak nie uciekniesz.” Przełknąłem nerwowo ślinę i wyjąkałem:
 - O, cześć. Wiesz co, właśnie miałem do ciebie przyjść…
 - Po co? – spytał, przypatrując mi się uważnie. Miałem niemiłe wrażenie, jakby swoim wzrokiem świdrował we mnie dziurę na wylot. Co się ze mną działo, że nie mogłem pozbierać myśli?!
 - A tak sobie, pogadać… Dostałem chwilę wolnego, no to szedłem cię odwiedzić… - wytłumaczyłem się szybko i chwyciłem go za łokieć. – Musisz iść ze mną! Znalazłem fajny stragan, gdzie sprzedają te… no, wiesz, takie rzeczy sprzedają! – Zamachałem drugą ręką nad głową, chcąc pokazać Shin-chanowi o co mi chodzi, co chyba nie przyniosło większego skutku. Pociągnąłem go więc za sobą, szukając jakiejś luki w tłumie, którą moglibyśmy dostać się na pustą część boiska, skąd najlepiej byłoby widać fajerwerki.
Kiedy w końcu udało nam się wydostać z najbardziej zatłoczonego miejsca i znaleźliśmy się na wolnej i cichszej przestrzeni, puściłem łokieć Shin-chana i odetchnąłem głęboko.
 - Tutaj nic nie ma, nanodayo. – stwierdził rozglądając się. – Czego ode mnie chciałeś?
Wzruszyłem ramionami, czując falę gorąca na policzkach.
 - Chciałem coś ci powiedzieć – wydusiłem, niepewnie zerkając na zielonowłosego. Ciągle wbijał we mnie to swoje spojrzenie, od którego miałem coraz większy mętlik w głowie.
 - No to mów.
 - Żeby to było takie łatwe! – odpyskowałem, zaciskając dłonie w pięści. – Okej, jak by to… Długo nad tym myślałem, bo to co ci teraz powiem wcale nie jest taką łatwą sprawą… To się chyba zaczęło razem z pierwszym dniem szkoły, ja wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, albo nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale to się jakoś tak porobiło… - tłumaczyłem mętnie, gubiąc się w tym, co chciałem przekazać. – I wiesz, jak zacząłem cię nazywać Shin-chanem, to tak niechcący to wyszło i musiałem potem z tego żartować, chociaż wcale nie chciałem i dlatego dzisiaj najlepiej byłoby ci to powiedzieć… Aaaagh, nie mam pojęcia o co mi chodzi, przepraszam!!! – Zasłoniłem twarz dłonią, czerwieniąc się jeszcze bardziej. – Więc teraz…
 - Czekaj, Takao – przerwał mi Shin-chan, a ja niepewnie odsłoniłem oczy. – Nie jestem pewien, co konkretnie chcesz mi przekazać, ale też chciałbym cię coś powiedzieć, dobrze?
 - M-mhm. – Kiwnąłem szybko głową.
 - Mógłbyś… mógłbyś na mnie nie patrzeć? – poprosił, a ja posłusznie zamknąłem oczy. Serce tłukło mi się jak oszalałe. Poczułem jego ciepły oddech na swoim policzku.
 - Mogę ci mówić po imieniu?
Nie byłem w stanie nic powiedzieć, toteż ponownie kiwnąłem głową. Miałem nadzieję, że Shin-chan nie zauważy, jak bardzo trzęsę się z podekscytowania.
 - Kazunari, kocham cię, wiesz? – wyszeptał mi do ucha. Otworzyłem szeroko oczy i przekręciłem głowę, chcąc spojrzeć mu w twarz. I wtedy, przypadkowo, musnąłem jego wargi swoimi. Miałem już cofnąć się i przeprosić, ale Shin-chan przyciągnął mnie do siebie i wpił w moje usta. Poddałem się pieszczocie, zupełnie zapominając o moim wcześniejszym zdenerwowaniu. Nawet nie drgnąłem, gdy rozległy się wystrzały i ogłuszające huki wybuchających na niebie fajerwerków.
Usta Shin-chana były miękkie i smakowały zieloną herbatą. Zmrużyłem powieki i zarzuciłem chłopakowi ręce na szyję. Gdy odsunęliśmy się lekko od siebie, spojrzałem mu w oczy.
 - Co my właśnie…? – zacząłem.
 - Milcz. To zostaje między nami – mruknął, spuszczając wzrok. Zauważyłem, że na jego policzkach wykwitły urocze, czerwone rumieńce.
 - Wyglądasz jak pomidor – parsknąłem śmiechem. – Od dzisiaj jesteś Pomidorima.
 - Cicho bądź.
 - Albo Tsunde…
Zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem.

1.

Zakwitły wiśnie. Chyba lubię te kwiaty. Są takie delikatne.
Obserwowałem drobne, różowe kwiatuszki targane przez burzę szalejącą za oknem. W sali prawie nie było słychać grzmotów, jedynie ciche dudnienie dochodzące z otworów wentylacyjnych w ścianie. Panował półmrok i miałem wrażenie, że jest już późny wieczór, podczas gdy nie było nawet dziewiątej. Z podekscytowania nie mogłem spać, obudziłem się bardzo wcześnie i do liceum przyszedłem w momencie, gdy woźny dopiero otwierał budynek. Do rozpoczęcia inauguracji roku szkolnego było jeszcze ponad pół godziny.
Szczerze, to nie mam pojęcia co mnie tak od samego rana nosiło, ale ledwo udawało mi się usiedzieć w ławce. Czułem, że dzisiaj, pierwszego dna szkoły, coś w moim życiu się zmieni. Byłem tego niemalże pewien.
Po pewnym czasie do klasy zaczęli schodzić się uczniowie. Przyglądałem się każdemu po kolei, szukając tego „czegoś” w ich zachowaniu, subtelnego sygnału potwierdzającego moje przypuszczenia o niezwykłości tego dnia.
Straciłem już zupełnie nadzieję, gdy pojawił się nauczyciel, przywitał i otwierał dziennik, by sprawdzić listę. Wszystko wskazywało na to, że „przeczucie” było tylko złudzeniem.
I wtedy drzwi klasy rozsunęły się, a do środka wszedł wysoki chłopak. Najśmieszniejsze było to, że znałem jego twarz. Wielokrotnie widywałem go na okładkach sportowych magazynów. Tymczasem skłonił się lekko do nauczyciela i powiedział:
 - Przepraszam bardzo za spóźnienie, mój dzisiejszy horoskop nie był przychylny. Obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.
Nauczyciel spojrzał na niego ze zdumieniem.
 - Ależ nic się nie stało, jeszcze nawet nie zdążyłem zacząć sprawdzać obecności. Usiądź, proszę… jak ci na imię?
 - Midorima Shintarou, proszę pana.
A kiedy nauczyciel wskazywał mu miejsce, gdzie ma usiąść, napotkałem spojrzenie Midorimy.
Skinął głową, a kąciki jego ust drgnęły w nieznacznym uśmiechu.








Hah, dawno niczego nie wstawiłam. Oto Odliczanka, moje pierwsze MidoTakaowe małe dzieło, z którego jestem niesamowicie dumna. Publikuję dopiero teraz, bo dopiero teraz mogę. Co prawda nie wygrałam tym opowiadaniem niczego, ale i tak cholernie się cieszę, że Kagami Yuuki dała mi taką pozytywną opinię. Mam nadzieję, że i Wam się spodobało.
Z ogłoszeń parafialnych, to chcę jeszcze powiedzieć, że "Yochien no Kiseki" niedługo będzie miało drugi rozdział (czytaj: wstawię jutro). Co do "Wybrańców"... Będzie to raczej krótka seryjka, nie więcej niż dziesięć rozdziałów. Potem pojawi się East-West, dość długie opowiadanie z Hetalii. Szykuję też dłuższą serię z Shingeki no Kyojin, w której pojawi się kilka moich OCków. Mam nadzieję, że większość uda mi się napisać przed końcem tego roku. Natomiast 2016 będzie rokiem systematyczności i nie pozwolę sobie na zastoje w pisaniu, o! XD